Witajcie, kochani. Wiem, że znowu chwilkę się nie odzywałam, ale dziś znowu przychodzę do was z dywagacjami poczynionymi przez moją skromną osobę na temat, jak już pewnie większość z was wie, mojej ukochanej powieści "Katedra Marii Panny w Paryżu". Z racji, że tydzień temu obchodziliśmy święto niepodległości to też się wpasuję z dzisiejszym tematem, bo moje dywagacje...okazują się w pewnym stopniu patriotyczne.
Pewnie wielu z was, którzy czytali powieść, oglądali musical na jej podstawie albo choćby film Disney'a nie jest obca postać Clopina Trouillefou, prawda? Zapewne teraz powiecie "No...tak, ale co on ma wspólnego z Polską i Patriotyzmem?". A powiem wam- dość przewrotnie może okazać się że...całkiem sporo.
Ale od początku. W oryginale powieści ani w żadnym z tłumaczeń co prawda przeszłość Clopina nie jest pokazana ale przewędrował przez Katalonię, Sycylię, Algier, Polskę, Węgry. Jednakże powieść nie określa, skąd Clopin pochodzi.
Niby w oryginale to jego imię 'Clopin od czasownika Clopiner- kuleć; nazwisko "Trouillefou"(Geneza nieco trudniejsza do ustalenia) brzmi z francuska, ale powieść twierdzi, że do Francji; do Reims, przybył z Dolnego Egiptu, przez Katalonię w Hiszpanii, Sycylię, Algier, Węgry i Polskę...
"Pewnego dnia przybyli do Reims bardzo niezwyczajni goście.
Byli to włóczędzy i żebracy, którzy wędrowali przez cały kraj, prowadzeni przez swego księcia i
swoich hrabiów. Byli ogorzali, włosy mieli kręcone, a w uszach srebrne koła. Kobiety były
jeszcze szpetniejsze od mężczyzn. Miały jeszcze ciemniejsze i niczym nie osłonięte lica, wstrętne
kaftany na ciele, stare płachty konopne zawiązane na ramionach, a włosy jak koński ogon. Małpy
zlękłyby się dzieci, które w błocie czepiały się ich spódnic. Banda ekskomunikowanych;
wszystko to przyszło wprost z Dolnego Egiptu przez Polskę do Reims.". "Esmeralda – wedle mniemania poety – była istotą bezbronną i czarującą, śliczną, wyjąwszy
pewną minkę, którą czynić zwykła była, dziewczyną naiwną i namiętną, nic nie wiedzącą, a
wszystkim zachwyconą; nie poznała jeszcze różnicy między mężczyzną i kobietą, nawet we śnie;
taka już była z natury; aż do szaleństwa kochała taniec, zgiełk, przestrzeń; coś w rodzaju kobietypszczoły, która ma u stóp niewidzialne skrzydełka i żyje w wiecznym wirze. Tę naturę swoją
zawdzięczała koczowniczemu życiu, które zawsze wiodła. Gringoire’owi udało się dowiedzieć,
że we wczesnym dzieciństwie przewędrowała przez Hiszpanię i Katalonię aż po Sycylię;
przypuszczał nawet, że razem z karawaną cygańską, do której należała, dotarła do królestwa
Algieru, krainy położonej w Achai, która to Achaja z jednej strony dotyka do małej Albanii i
Grecji, z drugiej zaś do Morza Sycylijskiego leżącego na drodze do Konstantynopola. Cyganie,
mówił Gringoire, są wasalami króla Algieru, który jest władcą narodu białych Maurów. Pewnym
zaś było, że Esmeralda jako całkiem młodziutka dziewczyna przybyła do Francji przez Węgry.
150
Ze wszystkich tych krain przywiozła ze sobą strzępki najprzeróżniejszych narzeczy, piosenki i
cudzoziemskie pojęcia, które język jej czyniły równie pstrokaty jak jej strój – na poły paryski, na
poły afrykański."
ale żaden z tych krajów nie jest wymieniany jako jego ojczyzna.
Pójdźmy krok dalej. Hugo nawet nie zadał sobie trudu żeby...opisać kolor jego skóry, co byłoby jakąś tam wskazówką skąd etnicznie pochodzi.
Cyganie jako ogół w powieści są raczej opisani jako ciemnoskórzy
" Pewnego dnia przybyli do Reims bardzo niezwyczajni goście.
Byli to włóczędzy i żebracy, którzy wędrowali przez cały kraj, prowadzeni przez swego księcia i
swoich hrabiów. Byli ogorzali, włosy mieli kręcone, a w uszach srebrne koła. Kobiety były
jeszcze szpetniejsze od mężczyzn. Miały jeszcze ciemniejsze i niczym nie osłonięte lica, wstrętne
kaftany na ciele, stare płachty konopne zawiązane na ramionach, a włosy jak koński ogon.[...] Cyganki wpadły w zachwyt nad dzieckiem i pieszczą je, i całują swymi czarnymi
ustami"
Esmeraldy skóra ma odcień złotawy właściwy Andaluzyjkom i Rzymiankom
"Choć nieduża, wydawała się wysoka, tak prostą i smukłą miała kibić. Włosy jej były ciemne,
ale czuło się, że przy dziennym świetle skóra dziewczyny musi mieć piękny odcień złocisty,
właściwy Andaluzyjkom i Rzymiankom"
..Ale sam Clopin...SZCZEGÓŁÓW BRAK.
Ale, co ciekawe...Hugo w "Katedrze Marii Panny" wspomniał podróż Clopina i jego grupy przez...Polskę. Czemu to ciekawe? Bo w czasach, w których Hugo pisał tę powieść (1829-1831)...Polski formalnie nie było na mapie.
A wzmianka o podróży Cyganów jest Jedyną wzmianką o Polsce w całej powieści.
Teraz pozwólmy sobie przejść do sympatii samego Pana Hugo do naszego kraju, bo i owszem-była taka. Za źródło posłuży mi stronka Wikicytaty.
"
- 29 listopada 1830 Polska poczuła, że przyszedł moment, aby nie dopuścić do przedawnienia narodowości, i w owym dniu zadała ten potężny cios szablą. Ta szabla została później złamana. Porządek – wypowiedziano to plugawe słowo – porządek zapanował w Warszawie. Ten lud, który był bohaterem, stał się znów niewolnikiem i znów przywdział zgrzebny strój galernika. Władcy godni katorgi znowu przykuli do łańcucha tego katorżnika godnego aureoli.
- Opis: o Polsce pod zaborami i powstaniu listopadowym 1830.
- Źródło: Wiesław Mateusz Malinowski, Jerzy Styczyński, Polska i Polacy w literaturze francuskiej (XIV–XIX w.), Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016, PDF, s. 296"
" - Jestem bardzo Polakiem, ponieważ jestem bardzo Francuzem.
- Opis: o Polsce w 1876 przymując delegację polską z Wacławem Gasztowttem na czele.
- Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress.pl
- Zobacz też: Polacy, Francuzi"
" - Niestety, jesteś związana, zwyciężona i chylisz się ku mogile, a twoje białe ręce, zamiast synów, przyciskają do piersi skrwawiony krucyfiks. Na twojej królewskiej szacie znać jeszcze odciski butów Baszkirów, którzy przeszli po twoim ciele. Od czasu do czasu słychać brzmienie czyjegoś głosu, odgłos czyichś ciężkich krokow, widać błysk szabli, a ty pod murem, ociekającym twymi łzami, podnosząc umęczone ręce i głowę, która się chwieje, i oczy, które zdają się zachodzić mgłą śmierci, mówisz: „Siostro moja, Francjo, czy nic dla mnie nie świta?”
- Opis: o Polsce pod zaborami.
- Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress.pl"
" - Pewnego pięknego dnia Europa, którą Polska ocaliła przed Turcją, wydała Polskę Rosji (…). Polska stała na warcie.Europa ją wydała. Komu? Wrogowi. A kto dokonał tej rzeczy, dla której nie ma nazwy? Dyplomaci, ówczesne mózgi polityczne, zawodowi mężowie stanu. Otóż jest to nie tylko niewdzięczność, jest to niedorzeczność. Jest to nie tylko podłość, jest to głupota (…). Polacy, mówię to wam z głębi duszy, ja was podziwiam. Jesteście weteranami prześladowania. Na tym kielichu goryczy, z którego dziś pijemy, znajdujemy ślad waszych ust. Wy nosicie szlify wygnańcze. Wasi bracia są na Syberii, jak nasi są w Afryce. Wygnańcy z Polski! proskrybowani z Francji kłaniają się wam.
- Opis: o Polsce pod zaborami.
- Źródło: Wiesław Mateusz Malinowski, Jerzy Styczyński, Polska i Polacy w literaturze francuskiej (XIV – XIX w.), Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. PDF, s. 296"
" - Polska leży w grobie ale trzyma w ręku trąbę zmartwychwstania.
- "W Polsce macie przed sobą nie wroga, ale wzór do naśladowania.
- Opis: o Polsce.
- "Poza Francją to tu, to tam w Europie mordowane są całe narody, masowo deportowane, zakuwane w kajdany; Irlandię obraca się w cmentarz, Włochy obraca się w więzienie, Syberię zasiedla się Polską (…)Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress.pl"
- … w tym ogromnym rumowisku ohydnych umów, które stanowią to co kancelarie nazywają obecnym prawem publicznym Europy – kramarzenie ziemiami, zakup ludów, sprzedaż narodów, – w tej obmierzłej kupie pergaminów, opatrzonych pieczęciami wszystkich cesarzy i królów, gdzie pierwszą stronę stanowi traktat rozbiorowy z r. 1772 a ostatnią traktat rozbiorowy z r. 1815, zieje otwór głęboki, straszliwy, groźny, rana otwarta, która przedziurawia plikę na wylot. Ktoż tego dokonał? Szabla polska. Iloma pchnięciami? Jednym. Kiedy? 29 listopada 1830.
- Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress"
W mojej głowie więc natychmiast pewne kropki połączyły się mimowolnie. Naród bez własnego kraju, na obczyźnie, przemieszczający się z miejsca na miejsce...i walczący; o szacunek, o uznanie, o swoje miejsce w otaczającym ich świecie.
Cyganie...i Polacy na Emigracji po upadku powstania! Właśnie. Powstanie. W czasie, gdy Wiktor Hugo pisał tę powieść ( od września 1830 do lutego 1831 ) w Polsce mial miejsce kolejny zryw narodowościowo-wyzwoleńczy; powstanie listopadowe (29 lis 1830 – 21 paź 1831).
A przyjrzyjmy się teraz kilku scenom w powieści w powieści:
"Czytelnik może jeszcze nie zapomniał, że część Dziedzińca Cudów była otoczona dawnym
obronnym murem miejskim; niektóre jego wieże zaczynały już w tej epoce rozsypywać się w
235
gruzy. Jedna z nich została obrócona przez żebraków na przybytek wszelkich uciech. W
parterowej izbie była gospoda, a reszta – na piętrach. Ta wieża była najbardziej ożywionym, a
tym samym i najobrzydliwszym miejscem w całej żebraczej dzielnicy. Był to jakby rodzaj
potwornego ula, który brzęczał i we dnie, i w nocy. W nocy, kiedy cała żebracza rzesza spała,
kiedy na glinianych fasadach placu nie było już ani jednego zapalonego okienka, kiedy żaden
krzyk nie dobywał się z tych niezliczonych lepianek, z tego mrowiska złodziei, dziewek i
ukradzionych albo nieprawych dzieci, wciąż jeszcze można było rozpoznać wesołą wieżę po
hałasie, jaki czyniła, po czerwonym świetle, które błyszcząc równocześnie w lufcikach, w oknach
i w szczelinach popękanych ścian, przenikało na zewnątrz, by tak rzec wszystkimi jej porami.
Karczma znajdowała się więc w piwnicy. Schodziło się tam przez niskie drzwi, po schodach
tak stromych jak klasyczny aleksandryn. Nad drzwiami jako szyld wisiał cudowny bohomaz
przedstawiający nowiuteńkie miedziaki i porznięte kurczęta, z dowcipnym napisem u spodu: „U
dzwonników pogrzebowych”.
Pewnego wieczora, kiedy na wszystkich basztach Paryża wydzwaniano porę gaszenia świateł,
pachołkowie straży, gdyby dane im było wejść na niebezpieczny Dziedziniec Cudów – mogliby
zauważyć, że w gospodzie żebraków panował zgiełk jeszcze większy niż zwykle, że więcej pito i
soczyściej przeklinano. Na zewnątrz, na placu, ludzie zbici w gromady rozmawiali po cichu,
jakby knuli jakiś wielki spisek, a tu i ówdzie jakiś łotr przykucnął i ostrzył o kamień nędzną
żelazną klingę.
W gospodzie jednakże wino i gra z taką siłą odciągały od myśli, które zajmowały tego
wieczora cały cech żebraków, że z rozmów pijących trudno byłoby odgadnąć, o co idzie.
Tyle
tylko, że byli weselsi niż zwykle i że u każdego między kolanami błyszczała jakaś broń – nóż
ogrodniczy, siekiera, duży miecz albo szpic starej piki.
Izba, kształtu okrągłego, była bardzo obszerna; lecz stoły rozstawiono tak gęsto, a pijacy byli
tak liczni, że wszystko, co pomieściło się w gospodzie – mężczyźni, kobiety, ławy, dzbany z
piwem, ci, co pili, ci co spali, ci co grali, odrowi i koślawi – wydawało się upchane bezładnie, z
takim samym porządkiem i harmonią, co skorupki ostryg zrzucone na kupę. Kilka łojówek paliło
się na stołach; ale prawdziwym oświetleniem gospody, tym, czym w operze jest żyrandol, w tej
karczmie był ogień komina. Piwnica była tak wilgotna, że komina nie gaszono nigdy, nawet i
latem – ogromnego komina z rzeźbionym okapem, najeżonego ciężkimi żelaznymi wilkami i
kuchennym sprzętem, w którym drzewo i torf paliły się płomieniem tak potężnym jak ten, co
nocą na ulicach wioski rzuca szkarłatny blask z okien kuźni na ściany z przeciwka. Duży pies
poważnie siedząc w popiele, obracał nad żarem rożen z mięsiwem.
Mimo zamętu, już od pierwszego wejrzenia można było odróżnić w tej ciżbie trzy główne
grupy stłoczone wokół trzech osobistości znanych już czytelnikowi Jedną z nich, dziwacznie
przyodzianą w mnóstwo wschodnich łachmanów, był Matias Hungadi Spicali, książę egipski i
cygański. Łotrzyk siedział na stole, nogi miał skrzyżowane, palec podniesiony w górę i głośno
wykładał swoją wiedze i białej i czarnej magii licznej zgrai, która otoczyła go rozdziawiwszy
gęby.
Drugi tłumek gęsto otoczył naszego dawnego przyjaciela, walecznego króla Pięciu
Franków uzbrojonego po zęby.
Klopin Postraszgłupca z bardzo poważną mina i cichym głosem
komenderował wypatroszaniem olbrzymiej beczki z bronią z odbitym dnem stojącej przed nim, z
której, niby jabłka i winogrona z rogu obfitości, sypały się w nieładzie topory, szpady, panewki,
kolczugi, ostrza pik i kopij i różnego rodzaju strzały. Każdy brał sobie coś z tej kupy, ten kask ów
szablę, inny – krótki mieczyk z rękojeścią w kształcie krzyża.
Zbroiły się nawet dzieci, nawet
kaleki beznogie, które, okryte zbroją, pełzały pod nogami pijących, niczym ogromne żuki.
Trzecia wreszcie grupa, najhałaśliwsza, najweselsza i najliczniejsza, zaległa ławy i stoły, w
środku których perorował i przeklinał piskliwy głos, wydobywający się spod ciężkiej zbroi,
236
kompletnej od kasku aż po ostrogi. Człowiek, który przyśrubował sobie do ciała ten rycerski
rynsztunek, znikł w nim tak dalece, że z całej jego osoby widać było tylko zawadiacki, zadarty
czerwony nos, kosmyk jasnych włosów, różowe usta i zuchwałe oczy.
Za pasem miał pełno noży
i sztyletów, ogromną szpadę u boku, z lewej strony zardzewiałą kuszę, przed sobą sporą konewkę
z winem, a z prawej strony tłustą, rozchełstaną dziewkę. Dokoła niego wszystkie gęby śmiały się,
klęły i piły.
Dodajcie ze dwadzieścia pomniejszych grupek, posługujące dziewczyny i chłopaków
biegających z dzbanami na głowach, graczy pochylonych nad kręglami, nad młynkiem, nad
kośćmi, nad pasjonującą grą w oko, sprzeczki w jednym kącie, całusy w drugim, a będziecie
mieli jakie takie pojęcie o tej całości, nad którą drgał odblask ognia, ożywiając ściany karczmy
tysiącem tańczących, olbrzymich, dziwacznych cieni.
Zgiełk zaś był tutaj taki jak we wnętrzu rozkołysanego dzwonu.
Patelnia podstawiona pod rożen, pryskająca smażącym się tłuszczem, wypełniała nieustannym
skwierczeniem przerwy między rozmowami krzyżującymi się z kąta w kąt izby.
Wśród tego harmideru, w głębi gospody, na ławie koło komina, siedział zadumany filozof z
nogami w popiele i okiem wpatrzonym w żar. Był to Piotr Gringoire.
– Prędzej, ruszaj się jeden z drugim, bierzcie broń! – Za godzinę wymarsz! – mówił Klopin
Postraszgłupca do swoich żebraków.
Jakaś dziewka nuciła:
"Dobranoc, ojcze, matko,
Już ostatnie światła gasną"
"Tymczasem w drugim kącie gospody żebracy, szepcząc, wciąż jeszcze brali broń.
– Biedna Esmeralda! – mówił jakiś Cygan. – To nasza siostra. Trzeba ją stamtąd wyciągnąć.
– Więc wciąż jeszcze jest w katedrze Marii Panny? – pytał wyglądający na Żyda żebrak, który
wzruszał litościwe serca podając się za zrujnowanego kupca.
– Tak, do licha!
– A więc, towarzysze – zawołał żebrak – do katedry! Tym bardziej, że są tam w kaplicy Św.
Fereola i Św. Ferucjana dwie figury: jedna św. Jana Chrzciciela, druga św. Antoniego, całe ze
złota; ważą one razem siedemnaście marek złotniczych i piętnaście estelinów i mają podesty z
pozłacanego srebra, wagi siedemnastu marek i pięciu uncji. Ja o tym wiem, jestem złotnikiem."
"Tymczasem Klopin Postraszgłupca zakończył rozdawanie broni. Zbliżył się do Gringoire’a,
który wydawał się pogrążony w głębokiej zadumie; siedział z nogami opartymi o wilka w
kominie.
Przyjacielu Piotrze – rzekł król Pięciu Franków – o czym myślisz, u licha?
Gringoire z melancholijnym uśmiechem odwrócił się w jego stronę.
– Lubię ogień, drogi mój władco i panie. Nie z tej prostackiej przyczyny, że ogień rozgrzewa
nasze nogi i gotuje naszą zupę, ale dlatego że są w nim iskierki. Czasami przez całe godziny
przyglądam się iskierkom. Odkrywam tysiące tajemnic w tych gwiazdkach przyprószających
ciemne dno komina. Te gwiazdki to są również światy.
– Niech mnie piorun trzaśnie, jeżeli rozumiem, co ty gadasz! – rzekł żebrak. – Może wiesz,
która godzina?
– Nie wiem – odpowiedział Gringoire.
Klopin podszedł więc do księcia Egiptu.
– Towarzyszu Matiasie, chwila nie jest dobra. Mówią, że król Ludwik XI jest w Paryżu.
– Tym bardziej należy wyrwać z jego szponów naszą siostrę – odparł stary Cygan.
– Przemawiasz jak mężczyzna, Matiasie – rzekł król Pięciu Franków. – Zresztą sprawimy się
zręcznie. W kościele nie będą stawiać oporu. Kanonicy to zające, a my pójdziemy kupą.
Pachołkowie z sądu najwyższego mocno zdziwią się jutro, kiedy po nią przyjdą. Na kiszki
papieża, nie pozwolę powiesić ładnej dziewczyny!
Klopin wyszedł z gospody"
"W tej chwili wrócił Klopin i krzyknął grzmiącym głosem:
– Północ!
Na to słowo – niby biwakujący pułk na rozkaz: „Na koń!” – wszyscy żebracy: mężczyźni,
kobiety, dzieci, wypadli tłumnie z gospody z wielkim szczękiem broni i żelastwa.
Chmury zakryły księżyc.
Dziedziniec Cudów był zupełnie ciemny. Ani jednego światełka.
Jednak bynajmniej nie był
pusty. Zaległ go ledwie widoczny tłum mężczyzn i kobiet rozmawiających po cichu. Słychać
było ich szepty, widać było najprzeróżniejszą broń połyskującą wśród ciemności.
Klopin wszedł
na wielki kamień.
– Do szeregów. Gwaro! – krzyknął. – Do szeregów, Egipcie! Do szeregów, Galileo!
Coś poruszyło się w mroku. Jakby ogromna ciżba formowała się w kolumnę. Po upływie kilku
minut znów odezwał się głos króla Pięciu Franków:
– Teraz milczenie, póki iść będziemy przez Paryż. Hasło: „pałasz i zabawa”. Pochodnie
zapalimy dopiero przy katedrze. Naprzód, marsz!
W dziesięć minut później pachołkowie nocnej straży uciekali co koń wyskoczy przed długą
procesją czarnych i milczących ludzi, idącą w stronę mostu Wymiany przez kręte uliczki,
przecinające we wszystkich kierunkach gęsto zabudowaną dzielnicę Hal."
"Quasimodo nie spał tej nocy. Odbył się już ostatni obchód kościoła. Zamykając wrota nie
zauważył, że archidiakon przeszedł obok niego i wyraźnie był niezadowolony widząc, jak
starannie dzwonnik zamyka i zasuwa ogromne żelazne rygle, które obu skrzydłom drzwi katedry
nadawały odporność muru. Ksiądz Klaudiusz wydawał się jeszcze bardziej niż zwykle
pochłonięty jakimiś myślami. Zresztą, od nocnej przygody w celi archidiakon znęcał się nad
Quasimodo; ale nadaremnie go lżył, a nieraz nawet i uderzył – nic nie zdołało zachwiać pokory,
cierpliwości i bezgranicznego oddania wiernego dzwonnika. Od archidiakona bez słowa
wymówki, bez słowa skargi znosił obelgi, groźby, uderzenia. Co najwyżej, kiedy ksiądz
Klaudiusz wchodził na schody wieży, Quasimodo niespokojnie śledził go spojrzeniem, lecz
archidiakon sam unikał ponownego spotkania z Cyganką.
Otóż tej nocy Quasimodo, zajrzawszy na chwilę do swych biednych, tak zupełnie
opuszczonych dzwonów, Żakeliny, Marii i Tybalda, wszedł aż na sarn szczyt północnej wieży i
postawiwszy na ołowianym dachu swoją ślepą, szczelnie zamkniętą latarkę, zaczął patrzeć na
Paryż. Noc, jak już powiedzieliśmy, była bardzo ciemna. Paryż, który w tej epoce właściwie nie
był oświetlony, wyglądał stamtąd jak bezładne nagromadzenie czarnych brył, przecięte tu i
ówdzie białawym łukiem Sekwany. W jednym tylko oknie dalekiego gmachu, którego
niewyraźna, ciemna sylweta wznosiła się wysoko ponad dachy w okolicy bramy Św. Antoniego,
Quasimodo zobaczył światło. Tam również ktoś czuwał.
Dzwonnik błądząc swym jedynym okiem po tym mglistym, nocnym widnokręgu, poczuł, że
nurtuje go jakiś dziwny niepokój. Od kilku dni zaostrzył czujność. Spostrzegł, że dokoła katedry
240
nieustannie wałęsają się jacyś ludzie ponurymi twarzami, nie spuszczający z oka schronienia
dziewczyny. Pomyślał, że może knuje się jakiś spisek przeciwko nieszczęsnej. Wyobrażał sobie,
że ją ściga nienawiść ludu, tak jak i jego, i że wkrótce może się coś stać. Wystawał więc na
swojej dzwonnicy na czatach, „marząc w komnacie marzeń”, jak powiada Rabelais, patrząc
kolejno to na celę, to na Paryż, pilnując czujnie, niby dobry pies, z tysiącem podejrzeń w duchu.
Nagle, kiedy badał wielkie miasto tym jednym okiem, które natura, jakby dla powetowania,
uczyniła tak przenikliwym, że mogło nieomal zastąpić te organa, których Quasimodo brakowało,
zdało mu się, że kontur Starokuśnierskiego Wybrzeża wygląda jakoś niezwykle, że coś się w tym
miejscu porusza, że linia balustrady odcinająca się czarno od jasnego tła wody nie jest prosta i
nieruchoma, jak na innych nadbrzeżnych ulicach, ale faluje w oku, jak woda w rzece albo jak
głowy idącego tłumu.
Zastanowiło go to. Zdwoił uwagę. Ruch posuwał się jak gdyby w kierunku Cité. Zresztą bez
światła. Trwał przez pewien czas na wybrzeżu, potem przepłynął powoli, jak gdyby to, co
przechodziło, weszło do wnętrza wyspy; wreszcie ustał zupełnie i kontur bulwaru znów stał się
prosty i nieruchomy.
Wkrótce potem, kiedy Quasimodo gubił się w domysłach, znów wydało mu się, że dostrzega
ruch w ulicy Katedralnej, która przecina Cité prostopadle do fasady katedry Marii Panny.
Wreszcie, choć ciemności były gęste, zobaczył, jak się wyłania z tej ulicy czoło kolumny i jak w
jednej chwili rozbiega się po placu tłum; bo w tej ciemności widać było tylko tyle, że jest to tłum.
Widok ów budził grozę. Ta niezwykła procesja, która najwidoczniej bardzo starała się skryć
pod zasłoną ciemności, prawdopodobnie zachowała również głębokie milczenie. Musiała jednak
wydawać jakiś szmer, choćby tupot kroków. Lecz nie docierał on do głuchego, a ta ogromna
ciżba, którą zaledwie dostrzegł, której nie słyszał, wydała mu się legionem umarłych, niemym,
nieuchwytnym, zgubionym w dymie. Zdawało mu się, że się zbliża ku niemu zaludniona mgła,
że się cienie poruszają wśród cienia.
I wtedy powróciły obawy, myśl o zamachu na Cygankę znów zjawiła się w jego umyśle. Czuł
niewyraźnie, że nadchodzi decydująca chwila. W tym krytycznym momencie rozumował lepiej i
sprawniej, niżby się tego można było spodziewać PO tak źle ukształtowanym mózgu. Czy
powinien obudzić Cygankę? Wyprowadzić ją chyłkiem? Którędy?... Ulice były osaczone, kościół
stał tuż nad rzeką. Nie było łodzi. Nie było wyjścia. Pozostało mu jedno: dać się zabić na progu
katedry, stawiać opór przynajmniej tak długo, póki nie nadejdzie odsiecz, jeśli nadejść miała, i
nie zamącić snu Esmeraldy. Śmierć i tak zawsze za wcześnie obudzi nieszczęśliwą dziewczynę.
Powziąwszy to postanowienie nieco spokojniej zaczął przyglądać się „wrogowi”.
Tłum z każdą chwilą zdawał się rosnąć na placu katedralnym. Quasimodo wywnioskował
jednak, że ciżba ta niewiele, widać, czyni hałasu, gdyż okna wychodzące na ulice i na plac nie
otwierały się. Nagle zapłonęło światło i w jednej chwili siedem czy osiem zapalonych pochodni
przebiegło po głowach tłumu, Potrząsając w ciemnościach swymi grzywami z płomienia. I
wówczas Quasimodo zobaczył wyraźnie, jak na placu Katedralnym kłębi się przerażające stado
mężczyzn i kobiet w, łachmanach, uzbrojonych w kosy, piki, noże i halabardy tysiączne ostrza
rozbłysły. Tu i ówdzie czarne widły sterczały jak rogi nad obrzydliwą twarzą. Przypomniał sobie
niejasno ten motłoch, wydawało mu się, że poznaje głowy, które kilka miesięcy temu
pozdrawiały go jako papieża błaznów. Jakiś człowiek trzymający w jednej ręce pochodnię, a w
drugiej bat zwany „miotełką”, wszedł na kamienny cokół i wyglądało, że zaczął przemawiać.
Jednocześnie cudaczna armia wykonała kilka obrotów, jak gdyby rozstawiając się wokół
kościoła. Quasimodo wziął latarkę i zszedł na ganek położony między wieżami, żeby lepiej
widzieć i obmyślić sposób obrony.
Klopin Postraszgłupca stanąwszy przed wysokim portalem katedry rzeczywiście uformował
241
swoje wojsko w szyk bojowy. Choć nie spodziewał się żadnego oporu, jako przezorny wódz,
chciał utrzymać ład, który w potrzebie pozwoliłby mu stawić czoło nagłemu natarciu nocnej
straży czy też pachołkom grodzkim. Rozstawił więc swoją brygadę w taki sposób, iż oglądając ją
z daleka i z wysoka, sądziłbyś, że to rzymski trójkąt w bitwie pod Eknom, odyńcowa głowa
Aleksandra lub słynny klin Gustawa Adolfa. Podstawa tego trójkąta opierała się o przeciwległy
katedrze bok placu, zamykając ulicę Katedralną; jeden bok stał naprzeciwko Domu Bożego,
drugi – naprzeciwko ulicy Saint-Pierre-aux-Boeufs. Klopin Postraszgłupca stanął na wierzchołku
trójkąta razem z księciem Egiptu, z naszym przyjacielem Janem i z najzuchwalszymi żebrakami."
"Powróćmy do katedry Marii Panny.
Kiedy zakończono wydawanie pierwszych zarządzeń (a musimy przyznać ku chwale
żebraczej karności, że rozkazy Klopina zostały wykonane w milczeniu i z podziwu godną
dokładnością), zacny wódz hałastry wszedł na dziedziniec katedralny i przemówił chrapliwym i
gniewnym głosem, obracając się twarzą ku kościołowi i wymachując pochodnią, której płomień,
szarpany wiatrem i zasłaniany co chwila swoim własnym dymem, to ukazywał, to znów krył
przed oczyma czerwonawą fasadę kościoła.
– Ludwiku de Beaumont, biskupie Paryża, radco sądu najwyższego, ja, Klopin Postraszgłupca,
król Pięciu Franków, wielki koezre, książę Gwary, biskup błaznów, zwracam się do ciebie w te
słowa: siostra nasza, niesłusznie skazana za czary, schroniła się do twego kościoła. Winien jej
jesteś przytułek i opiekę. Lecz sąd najwyższy chce ją wyrwać stąd, a ty na to przystałeś, i
powieszono by ją jutro na placu Grève, gdyby nie było Boga i żebraków. Więc przyszliśmy do
ciebie, biskupie. Jeśli twój kościół jest święty, nasza siostra także jest święta; jeśli nasza siostra
nie jest święta, twój kościół także nie jest święty. Dlatego wzywamy cię, byś nam oddał
dziewczynę, jeżeli chcesz uratować swój kościół, albo porwiemy dziewczynę i złupimy kościół.
Co będzie słuszne. W imię czego zatykam mój proporzec i niech Bóg ma cię w swojej opiece,
biskupie Paryża.
Quasimodo nie mógł, na nieszczęście, usłyszeć tych słów, wypowiedzianych z jakimś
posępnym i dzikim majestatem. Jeden z żebraków podał Klopinowi proporzec, a on zatknął go
uroczyście między dwiema płytami bruku. Były to widły a z ich zębów zwisał kawał krwawiącej
padliny.
Uczyniwszy to król Pięciu Franków odwrócił się i powiódł okiem po swym wojsku, dzikiej
troszczy, której ślepia tak samo prawie błyszczały jak piki.
I po chwili milczenia krzyknął:
– Naprzód, dzieci! Do dzieła, kowale!
Trzydziestu mocnych chłopów, z kwadratowymi barami, z twarzami poczerniałymi w dymie
kuźni, wystąpiło z szeregu; na ramionach nieśli młoty, obcęgi i żelazne sztangi. Podeszli do
środkowych wrót kościoła, wstąpili na schody i ujrzano niebawem, jak przykucnąwszy pod
łukami portalu, obcęgami i lewarami zabierają się do wyważenia wrót. Tłum żebraczy przysunął
się do nich, żeby pomagać i żeby się przyglądać. Na jedenastu stopniach schodów portalu zrobiło
się tłoczno.
Drzwi jednak nie ustępowały.
– Twarde, licho, i uparte! – rzekł jeden z pracujących.
– Bo stare, więc ciężko chodzą w zawiasach – rzekł drugi.
– Odwagi, towarzysze! – zachęcał ich Klopin. – Stawiam o zakład własną głowę przeciwko
trzewikowi, że zanim obudzi się pierwszy kościelny sługa, otworzycie drzwi, porwiecie
dziewczynę i rozbierzecie główny ołtarz. Słyszycie, zdaje mi się, że zamek już puszcza.
Przerwał mu przerażający huk, który w tej chwili rozległ się z tyłu. Odwrócił się. Olbrzymia
belka spadła z nieba, zmiażdżyła chyba z tuzin żebraków na placu i podskakiwała po bruku,
hałasując jak armata i przetrącając jeszcze tu i ówdzie nogi komuś w tłumie usuwającym się
wśród wrzasków trwogi. Dziedziniec katedralny, otoczony niskim murem, opustoszał w
mgnieniu oka. Kowale, aczkolwiek chroniły ich głębokie archiwolty portalu, zaniechali
wyważania drzwi, a nawet i sam Klopin cofnął się na przyzwoitą odległość od kościoła.
– Cud, żem uszedł cało! – krzyczał Jan. – Przeleciała mi tuż koło nosa, na byczą głowę! Ale
Piotrkowi Rozbijgłowie rozwaliło łeb.
Nie sposób opowiedzieć, jak wielkie zdumienie i lęk spadło razem z belką na rzezimieszków.
243
Przez kilka minut stali i patrzyli w górę; dwudziestotysięczna armia łuczników królewskich
mniej by ich przeraziła niż ten kawał drewna.
– Szatan!– mruknął książę Egiptu. – Czuć w tym czary.
– To księżyc cisnął w nas tym polanem – rzekł Ryży Andrzej.
– Przecie powiadają ludzie, że księżyc to przyjaciel Matki Boskiej – dorzucił Franciszek
Śpiewająca Śliwka.
– Na tysiąc papieży! – krzyknął Klopin. – Wszyscy jesteście głupi!
Ale sam nie wiedział, jak objaśnić spadnięcie belki.
Nic nie było widać na fasadzie, a światło pochodni nie docierało do jej szczytu. Ciężka belka
leżała na środku dziedzińca, słyszano jęki nieszczęśliwych, których przygniotła; kanty
kamiennych schodów poprzecinały im brzuchy.
Kiedy pierwsze zdumienie minęło, król Pięciu Franków znalazł wreszcie wyjaśnienie, które
trafiło do przekonania jego towarzyszom:
– Czarci pysk! Czy to kanonicy chcą może się bronić? Na pohybel!
– Na pohybel! – powtórzył wściekły ryk tłuszczy. I salwa z kusz i rusznic uderzyła o fasadę
kościoła.
Na odgłos salwy przebudzili się spokojni mieszkańcy okolicznych domów; tu i ówdzie
otworzyły się okiennice, a szlafmyce i ręce ze świecami ukazały się w oknach.
– Strzelajcie do okien! – krzyknął Klopin.
Okiennice natychmiast zatrzasnęły się i nieszczęśni mieszczanie, ledwie zdążywszy łypnąć
przerażonym okiem na tę zgiełkliwą i jaskrawo oświetloną scenę, powrócili, zlani potem, do
swych małżonek, nie wiedząc, czy to sabat odbywa się teraz na dziedzińcu katedry Marii Panny,
czy też może szturmują Burgundczycy, jak w roku sześćdziesiątym czwartym. Mężowie myśleli
o grabieży żony o gwałtach i wszyscy trzęśli się ze strachu.
– Na pohybel! – darli się żebracy, ale nie śmieli podejść bliżej. Spoglądali na kościół,
spoglądali na belkę. Belka leżała nieruchomo, gmach wydawał się spokojny i pusty, lecz coś ich
zmroziło.
– Nuże, kowale, do dzieła! – krzyknął Postraszgłupca. – Wyważajcie wrota!
Nikt się nie ruszył.
– Na brzuch i brodę! – rzekł Klopin. – To mi dopiero mężczyźni! Belki się zlękli!
Odezwał się na to stary kowal:
– Wodzu, nie belki nam strach, ale drzwi są zbite z żelaznych sztab. Obcęgami nie damy rady.
– Czego więc wam trzeba, żeby je wywalić? – zapytał Klopin.
– Ba! Tu trzeba tarana!
Król Pięciu Franków podbiegł śmiało do groźnej belki i postawił na niej stopę.
– Macie taran! – krzyknął.— Przysyłają go wam kanonicy. – I kłaniając się szyderczo w
stronę kościoła dodał: – Dziękujemy wam, kanonicy!
Ta brawura wywarła dobry skutek, czar belki prysł. Żebracy odzyskali odwagę; niebawem
ciężki kloc, uniesiony jak piórko przez dwieście par potężnych ramion, uderzył z furią w
środkowe drzwi, które już przedtem próbowano wyważyć. Ujrzawszy w słabym świetle, którym
nieliczne pochodnie żebraków nieco rozjaśniały plac, ten długi dyl niesiony przez tłum
mężczyzn, co biegli by uderzyć nim w katedrę – rzekłbyś, że widzisz monstrualną bestię z
tysiącem nóg, ze spuszczoną głową, atakującą kamiennego olbrzyma.
Pod uderzeniem tarana drzwi, na pól z metalu, zahuczały jak olbrzymi bęben; nie pękły, ale
cała katedra zatrzęsła się i usłyszano, jak zagrzmiało ogromne wnętrze gmachu. W tej samej
chwili grad dużych kamieni zaczął sypać się na napastników z wyżyny fasady.
– Do diabła! – krzyknął Jan. – Czyżby wieże strząsały nam na głowy swoje balustrady?
244
Lecz zapał raz odzyskany nie przemijał. Król Pięciu Franków świecił przykładem.
Niewątpliwie, to biskup się bronił, uderzali więc we wrota jeszcze zacieklej, pomimo kamieni, od
których na prawo i na lewo pękały czaszki.
Rzecz godna zastanowienia, że te kamienie spadały pojedynczo, bardzo często, ale jeden po
drugim. Żebracy dostawali zawsze dwoma na raz, jednym w nogi, drugim w głowę. Rzadko
który nie trafiał i szeroki pokład zabitych i rannych krwawił i drgał pod stopami szturmujących,
którzy napływali, coraz to nowi i coraz bardziej rozwścieczeni. Długa belka wciąż uderzała we
wrota, regularnie jak serce dzwonu, kamienie wciąż sypały się, wrota grzmiały.
Czytelnik odgadł już niewątpliwie, że nieoczekiwany opór, który rozwścieczył żebraków, był
dziełem Quasimodo.
Przypadek dopomógł na nieszczęście dzielnemu głuchemu.
Kiedy zszedł na ganek między wieżami, myśli mąciły mu się w głowie. Przez kilka minut
biegał wzdłuż galerii tam i z powrotem, jak wariat, przypatrując się z góry zwartej masie
żebraków, gotowych rzucić się na kościół, i wzywając diabła i Boga, żeby ratowali Cygankę.
Przyszło mu na myśl, żeby popędzić na południową dzwonnicę i zadzwonić na trwogę. Lecz
zanim zdąży rozkołysać dzwon zanim choćby raz odezwie się wielka Maria, czy wrota nie
zostaną wyważone dziesięć razy? Była to właśnie chwila, w której kowale zbliżali się do nich ze
ślusarskimi narzędziami. Co począć?
Nagle przypomniał sobie, że murarze pracowali przez cały dzień przy naprawie ściany, wiązań
dachowych i dachu południowej wieży. Ściana była kamienna, dach – ołowiany, wiązania
dachów – drewniane. (Te cudowne wiązania, tak gęste, że je nazywano „lasem”.)
Quasimodo wbiegł na tę wieżę. W dolnych izbach rzeczywiście pełno było materiałów. Leżały
tu kupy ociosanych kamieni, zwinięte arkusze ołowianej blachy, pęki krokwi, mocne belki już
ponacinane piłą, stosy gruzu. Kompletny arsenał.
Nie było czasu do stracenia. Na dole pracowały drągi i młoty. Z siłą zwielokrotnioną
poczuciem niebezpieczeństwa Quasimodo dźwignął jedną z belek, najcięższą, najdłuższą,
wysunął ją przez okienko, potem wybiegł z wieży schwycił ją z zewnątrz, dociągnął aż na
krawędź balustrady otaczającej ganek i strącił w przepaść. Olbrzymi słup spadający z wysokości
stu sześćdziesięciu stóp, niby oderwane skrzydło wiatraka, które samo uleciało w przestworza,
obrócił się kilkakrotnie, zawadzając o mur i tłukąc rzeźby. Wreszcie dosięgną! ziemi. Podniósł
się potworny wrzask, a czarna belka, podskakująca na bruku, była podobna do rzucającego się
węża.
Quasimodo zobaczył, że po zrzuceniu belki żebracy rozproszyli się jak popiół pod
dmuchnięciem dziecka. Skorzystał z ich przerażenia i kiedy oni przypatrywali się z zabobonnym
lękiem spadłej z nieba maczudze i gradem strzał wybijali oczy kamiennym świętym w portalu, on
po cichu gromadził gruz, kamienie, ciosy – wszystko, nawet i worki z narzędziami murarzy, na
krawędzi balustrady, tam, skąd strącił belkę.
Skoro tylko zaczęli uderzać w środkowe wrota, posypał się grad kamieni, jak gdyby kościół
sam z siebie rozpadał się i sypał na ich głowy.
Przeląkłby się ten, kto by zobaczył w tej chwili Quasimodo. Niezależnie od pocisków, które
ułożył na balustradzie, zgromadził stos kamieni na samym ganku. Kiedy wyczerpały się głazy
przygotowane na krawędzi, zaczął je brać ze stosu. Schylał się i prostował, znów schylał się i
znów się prostował z nieprawdopodobną ruchliwością. Wielka głowa gnoma wychylała się za
balustradę i spadał ogromny kamień, potem drugi, trzeci. Od czasu do czasu Quasimodo śledził
okiem co cięższy głaz i kiedy trafiał należycie, wydawał cichy pomruk.
Żebracy nie upadali jednak na duchu. Grube wrota, w które bili zażarcie, już co najmniej ze
dwadzieścia razy zadrżały pod uderzeniem dębowego tarana wzmocnionego przez siłę stu
245
mężczyzn. Skrzydła wrót trzeszczały, blaszane ozdoby rozpryskiwały się w drzazgi, zawiasy
gwałtownie podskakiwały na sworzniach przy każdym uderzeniu, tarcice rozstępowały się,
sypało się drzewo starte na proch między żelaznym unerwieniem. Szczęściem dla Quasimodo,
więcej tu było żelaza niż drzewa.
Czuł jednak, że wrota się chwieją. Choć nie słyszał, każde uderzenie tarana odbijało się
równoczesnym echem i w piwnicach kościoła, i w sercu Quasimodo. Widział z góry, jak żebracy,
triumfujący i rozwścieczeni, pięściami wygrażaj mrocznej fasadzie, i sowom, które uciekały
stadami ponad jego głową, zazdrość skrzydeł – jakżeby pragnął ich dla Cyganki i dla siebie!
Jego kamienny deszcz nie wystarczał do odparcia napastników.
W tej rozpaczliwej chwili tuż pod balustradą, z której raził głazami żebraków, zauważył dwie
długie kamienne rynny, wprost nad głównym wejściem sterczące. Otwory tych rynien
znajdowały się tuż obok, na kamiennym ganku. Wpadł na owy pomysł; pobiegł po chrust do swej
izdebki w dzwonnicy, pokładł na tym chruście pęki krokwi i zwoje ołowianej blachy, amunicję,
której nie użył był jeszcze do tej pory, i starannie przysunąwszy ten stos do otworów obu rynien,
podpalił go swą latarką.
Ponieważ przez ten czas kamienie nie padały, żebracy przestali spoglądać w górę.
Łotrzykowie sapiąc niby sfora psów, co dopadły dzika w jego legowisku, tłumnie cisnęli się do
głównych wrót popękanych od tarana, ale jeszcze nie ustępujących. Czekali chciwie na ostatni
cios, na cios, który je wyważy. Każdy usiłował stanąć jak najbliżej, żeby kiedy drzwi się
otworzą, jak najszybciej wpaść do tej przebogatej katedry, wielkiego zbiornika, w którym
nagromadziły się bogactwa trzech stuleci. Rycząc z uciechy i pożądliwości jeden drugiemu
przypominał piękne krzyże ze srebra, piękne kapy ze złotogłowiu, piękne grobowce z pozłacanej
srebrnej blachy, nieprzebrane wspaniałości prezbiterium, olśniewające święta: Boże Narodzenia
iskrzące się pochodniami, Wielkanoce lśniące od słońca, wszystkie świetne uroczystości, kiedy
to monstrancję, świeczniki, cyboria, tabernakula, relikwiarze pokrywały ołtarze chropowatą
skorupą ze złota i diamentów. W tej pięknej chwili buchacze i szulerzy, koniokrady i
rzezimieszki o wiele mniej zaiste myśleli o uwolnieniu Cyganki niż o złupieniu katedry Marii
Panny. A nawet bylibyśmy skłonni przypuszczać, że dla wielu z nich Esmeralda była tylko
pretekstem, jeżeli złodziejowi jest potrzebny pretekst.
Nagle, kiedy skupieni przy taranie gotowali się do ostatniego wysiłku, kiedy każdy
wstrzymywał oddech i napinał mięśnie, żeby całą swoją siłę włożyć w ten decydujący cios, ze
środka tłumu podniósł się wrzask jeszcze straszliwszy od tego, który wybuchnął i zamarł pod
belką. Ci, co nie wrzeszczeli, ci, co żyli jeszcze, spojrzeli. Dwa strumienie roztopionego ołowiu
lały się ze szczytu gmachu w sam środek ciżby. To morze ludzi zapadło się pod wrzącym
metalem, który w dwu punktach, tam gdzie spadał, zrobił w tłumie dwie czarne i dymiące dziury,
jak gorąca woda wylana w śnieg. Ruszali się w nich konający, na pół spałem, rycząc z bólu.
Wokół dwu głównych strumieni krople tego potwornego deszczu rozpryskiwały się na
napastników wkręcając się im w czaszki jak ogniste śrubki. Ciężki, ołowiany ogień tysiącem
śrucin smagał nieszczęśliwych.
Wrzask rozdarł powietrze. Cisnąwszy taran na trupy, uciekli na łeb na szyję Wszyscy –
najodważniejsi i najtchórzliwsi – i dziedziniec katedralny opustoszał po raz wtóry.
Wszystkie oczy podniosły się ku szczytowi budynku. To, co ujrzeli, było niesamowite. Na
najwyższej galerii, nad środkową rozetą ogromny ogień, sypiący iskry, wzbijał się w górę między
dzwonnicami, ogromny ogień, żywiołowy, wściekły, którego dymiące strzępy porywał chwilami
wiatr. Pod tym ogniem, pod ciemną balustradą w trójliście z żaru, dwie rynny w kształcie
potwornych gęb rzygały nieustannie palącym deszczem, który lał się srebrzyście na tle mroków
dolnych kondygnacji fasady. W miarę zbliżania się do ziemi dwa strumienie płynnego ołowiu
246
rozszerzały się w snopy, jak woda wytryskująca tysiącznych otworów polewaczki. Ponad ogniem
olbrzymie wieże, z których widać było po dwie ściany ostro się od siebie odcinające, jedną
całkiem czarną, drugą całkiem czerwoną, wydawały się wyższe o cały ogrom swego cienia, który
rzucały aż w niebo. Ponuro wyglądały na nich niezliczone rzeźby diabłów i smoków. Poruszyło
je niespokojne światło ognia. Rzekłbyś, że widzisz, jak się śmieją żarłoczne węże, że słyszysz,
jak skomlą chimery, że salamandry dmuchają w ogień, że jaszczury kichają w dymie. A wśród
potworów, zbudzonych ze swego kamiennego snu przez ten ogień i przez ten zgiełk, był jeden,
który chodził, i od czasu do czasu widziano, jak się przesuwa przed gorejącym czołem ogniska
niby nietoperz przed świecą.
W dali, na pagórkach Bicętre, niejeden zapewne drwal, obudzony przez tę niezwykłą latarnię,
patrzył z lękiem, jak się chwieje na jego wrzosowiskach cień gigantycznych wież katedry Marii
Panny.
Żebracy ucichli, zdjęci zgrozą, a wśród ciszy słychać było tylko wzywanie pomocy
kanoników zamkniętych w klasztorze i bardziej zaniepokojonych niż konie w palącej się stajni,
słychać było krótkie skrzypnięcia okien, szybko otwieranych i jeszcze szybciej zamykanych, ruch
w kamienicach i w Bożym Domu, wiatr w płomieniach, ostatnie rzężenia konających i nieustanne
trzaskanie po bruku kropli ołowianego deszczu.
Tymczasem najznaczniejsi żebracy wycofali się na naradę do sieni kamienicy Gondelaurier.
Książę Egiptu usiadł na stopniu i z religijnym lękiem wpatrywał się w fantasmagoryczne ognisko
jaśniejące na wysokości dwustu stóp. Klopin Postraszgłupca gryzł ze złości swoje potężne pięści.
– Niepodobna wejść! – mruknął przez zęby.
– Stary zaklęty kościół! – burknął stary Cygan Matias Hungadi Spicali.
– Na wąs papieża! – rzekł siwiejący rzezimieszek, który niegdyś był żołnierzem – te kościelne
rynny lepiej od machikuł z miasta Lectoure plują roztopionym ołowiem.
– Widzicie szatana, który spaceruje przed ogniem tam i z powrotem? – krzyknął Książę
Egipski.
– Dalibóg – rzekł Klopin – to przeklęty dzwonnik! To Quasimodo!
Cygan potrząsnął głową.
– A ja wam powiadam, że to duch Sabnak, wielki markiz, demon fortyfikacji. Ma kształt
zbrojnego żołnierza z lwią głową. Ludzi przemienia w głazy i buduje z nich wieże. Dowodzi
pięćdziesięcioma legionami. To on, poznaję go. Niekiedy bywa przyodziany w piękną, złotą
suknię, na sposób turecki.
– Gdzie jest Bellevigne de l’Étoile? – zapytał Klopin.
– Nie żyje – odpowiedział jeden z żebraków.
Ryży Andrzej śmiał się głupkowato. Powiedział:
– Katedra Marii Panny dba o to, żeby Boży Dom nie próżnował.
– Więc nie ma sposobu wyważenia tych wrót? – zapytał tupnąwszy nogą król Pięciu Franków.
Książę Egiptu wskazał smutnie na dwa strumienie wrzącego ołowiu, które wciąż jeszcze,
niczym dwie długie kądziele z fosforu, spadały wzdłuż ciemnej fasady.
– Widywano już kościoły, które się same broniły – zauważył z westchnieniem. – Czterdzieści
lat temu Święta Zofia w Konstantynopolu aż trzy razy zrzucała półksiężyc Mahometa potrząsając
kopułami, które są jej głowami. Wilhelm Paryski, który budował tę katedrę, był
czarnoksiężnikiem.
– Więc mamy odejść z kwitkiem, jak wędrowne zbiry z gościńca – rzekł Klopin i zostawić
tam naszą siostrę, którą jutro powieszą te wilki w mnisich kapturach?
– I zakrystię, w której są fury złota ? – dodał żebrak, którego imienia, niestety, nie znamy.
– Na brodę Mahometa! – krzyknął Postraszgłupca.
247
– Spróbujmy jeszcze raz! – rzekł żebrak.
Matias Hungadi potrząsnął głową.
– Przez wrota nie wejdziemy. Trzeba znaleźć szczelinę w zbroi starej wiedźmy: dziurę, ukryty
korytarz podziemny, jakąś szparę.
– Kto wraca ze mną? – rzekł Klopin. – Ale powiedzcie, gdzie się podziewa Jan, ten
opancerzony żaczek?
– Pewnie poległ – odpowiedział ktoś – nie słychać jego śmiechu.
Król Pięciu Franków zmarszczył brwi:
– Szkoda! Odważne serce nosił pod tym żelastwem. A mistrz Piotr Gringoire? – Dowódco
Klopinie – rzekł Ryży Andrzej – drapnął jeszcze przed mostem Wymiany.
Klopin tupnął nogą.
– Na gębę poświęcaną! Sam nas tu wypycha i daje drapaka w najgorętszej chwili! Nędzny
gaduła w kasku z pantofla!
– Dowódco Klopinie! – krzyknął Ryży Andrzej spojrzawszy w ulicę Katedralną– jest żaczek!
– Chwała niech będzie Plutonowi! – rzekł Klopin. – Ale co on, u diabła, ciągnie?
Był to rzeczywiście Jan; biegł tak szybko, jak tylko mu na to pozwalał ciężki rynsztunek
paladyna i długie drabinisko, które dzielnie ciągnął po bruku, bardziej zasapany niż mrówka
zaprzężona do dwadzieścia razy dłuższego od siebie źdźbła trawy.
– Zwycięstwo! Te Deum! – krzyczał żak. – Zdobyłem drabinę wyładowywaczy z portu Św.
Landry.
Klopin poszedł mu naprzeciw.
– Synu, co ty chcesz zrobić z tą drabiną, u licha?
– Mam ją – powtórzył Jan dysząc. – Wiedziałem, gdzie jest. W szopie koło domu
podstarościego. Znam tam jedną dziewczynę, która utrzymuje, żem Piękny jak Kupido. Z jej
pomocą zdobyłem drabinę i mam ją, na Mahometa! Biedaczka, otworzyła mi w samej koszuli.
– Dobrze – rzekł Klopin – ale na co ci ta drabina?
Jan popatrzył nań chytrze i sprytnie i klasnął w palce jak w kastaniety. wspaniale wyglądał w
tej chwili. Na głowie miał jeden z tych ciężkich, piętnastowiecznych kasków, które przerażały
wroga swymi fantastycznymi gnębieniami. Hełm jego najeżony był dziesięcioma żelaznymi
dziobami, dzięki którym Jan mógłby się współubiegać o groźny przydomek δέχµβολοζ11
, z
homeryckim okrętem Nestora.
– Na co mi ta drabina, dostojny królu Pięciu Franków? A czy widzicie ten szereg figur z
durnymi gębami, tam, powyżej trzech portali?
– Widzę. I co z tego?
– To galeria królów Francji.
– No to co? – rzekł Klopin.
– Zaraz, zaraz! W samym końcu tej galerii są drzwi, zamykane tylko klamkę, włażę po
drabinie na galerię i jestem w kościele.
– Synu, dawaj drabinę, niechaj wejdę pierwszy!
– O, nie, kamracie, drabina moja! Chodźcie, wejdziecie po mnie, jako drugi
– Niech cię Belzebub zadławi! – burknął Klopin. – Nie będę drugim po nikim!
– A więc poszukajcie sobie drabiny, Klopinie!
Jan puścił się pędem przez plac, ciągnąc swoją drabinę i wrzeszcząc:
– Do mnie, synkowie!
W jednej chwili drabina została przystawiona do balustrady najniższej galerii nad jednym z
11 dziesięciodzioby (gr.)
248
bocznych portali. Ciżba żebracza z triumfalnym wrzaskiem cisnęła się w dole, żeby wejść. Lecz
Jan pilnował swego prawa i pierwszy postawił stopę na szczeblu. Droga była dość długa. Dziś
galeria królów Francji jest położona na wysokości około sześćdziesięciu stóp nad poziomem
placu. Wtedy podwyższały ją jeszcze jedenastostopniowe schody. Jan wchodził powoli, gdyż
przeszkadzała mu zbroja, jedną ręką przytrzymywał się szczebli, w drugiej dźwigał swoją kuszę.
Kiedy doszedł do połowy drabiny, rzucił melancholijne spojrzenie na biednych pozabijanych
poddanych królestwa złodziei, którymi usiane były schody.
– Pożal się Boże! – westchnął. – Stos trupów godny piątej pieśni Iliady
I poszedł wyżej. Żebracy szli za nim. Na każdym szczeblu stał żebrak. Widząc, jak się
podnosi w ciemności ta falująca linia opancerzonych pleców, rzekłbyś, że to wstaje wąż w
stalowej łusce, gotów do ataku na kościół. Jan, który szedł pogwizdując, stanowił jego głowę i
dopełniał złudzenia.
Żak dobrnął nareszcie do balustrady galerii i przesadził ją dość zręcznie wśród oklasków całej
żebraczej kohorty. Zdobywszy w ten sposób twierdzę, rzucił okrzyk radości i nagle skamieniał.
Za jednym z królewskich posągów spostrzegł Quasimodo z roziskrzonym okiem, ukrytego w
mroku.
Zanim drugi napastnik zdążył przedostać się na galerię, straszliwy garbus skoczył ku drabinie,
nie odzywając się ani słowem, schwycił potężnymi rękami końce jej obu drągów, podniósł je,
odsunął od ściany, wśród rozpaczliwych wrzasków chwiał przez chwilę długą, wyginającą się
drabiną, od góry do dołu obciążoną żebrakami, i nagle z nadludzką siłą odepchnął tę kiść
obwieszona ludźmi na plac. Była to chwila, kiedy zadrżało serce w najmężniejszych. Drabina,
pchnięta w tył, przez moment stała, jakby wahała się, potem się zachwiała, a następnie opisawszy
nagle przerażające półkole o promieniu długim na osiemdziesiąt stóp, runęła na bruk ze swym
ładunkiem łotrzyków szybciej niż zwodzony most, u którego pękają łańcuchy. Rozległ się
ogromny, złorzeczący krzyk, potem wszystko ucichło i kilku ociekających krwią nędzarzy
wypełzło spod stosu trupów.
Wśród szturmujących, po pierwszym wrzasku zwycięstwa, rozległ się z kolei ryk bólu i
gniewu. Quasimodo patrzył na nich obojętnie, wsparty łokciami o balustradę. Wyglądał z grzywą
włosów jak stary król, stojący w oknie swego zamku.
Jan Frollo znalazł się w rozpaczliwym położeniu. Był na galerii, sam na sam z
niebezpiecznym dzwonnikiem, oddzielony od towarzyszy pionową ściana wysoką na
osiemdziesiąt stóp. Kiedy Quasimodo zabawiał się drabiną, żak pobiegł do ukrytych drzwi, jak
mniemał, Otwartych. Były zamknięte. Głuchy, wszedłszy na galerię, zaryglował je. Wówczas Jan
schował się za kamiennego króla, wstrzymując oddech i wpatrując się w potwornego garbusa z
przerażoną miną jak ów człowiek, co się umizgał do żony dozorcy menażerii i poszedł pewnego
wieczora na miłosną schadzkę, ale pomylił się, przełazi przez inny mur i stanął nagle oko w oko z
białym niedźwiedziem.
W pierwszej chwili głuchy nie zwracał nań uwagi; lecz wreszcie odwrócił głowę i
wyprostował się nagle. Spostrzegł żaka.
Jan przygotował się na nie lada cios, lecz głuchy nie ruszał się; patrzył tylko na żaka,
odwrócony w jego stronę.
– Ho, ho! – rzekł Jan. – Czemu się na mnie gapisz tym jedynym, smutnym okiem?
A mówiąc to młody hukaj szykował chyłkiem kuszę.
– Quasimodo! – krzyknął – zmienię ci przezwisko; będziesz się nazywał: Ślepy!
Strzelił. Pierzasta strzała świsnęła i utkwiła w lewym ramieniu garbusa. Quasimodo wzruszył
się tym akurat tyle, jak gdyby draśnięto nie jego, ale króla Faramonda. Sięgnął ręką do strzały,
wyrwał ją sobie z ramienia i spokojnie przełamał na swym potężnym kolanie; po czym raczej
249
upuścił, niż cisnął na ziemię oba kawałki. Lecz Jan nie zdążył strzelić po raz wtóry. Quasimodo
przełamawszy strzałę, prychnął gwałtownie, skoczył jak szarańcza i spadł na żaka, że aż jego
zbroja spłaszczyła się na murze.
Wówczas w tym półmroku rozjaśnionym chwiejnym światłem pochodni ujrzano rzecz
straszną. Quasimodo ujął lewą dłonią obie ręce Jana, który nawet nie wyrywał się, tak wyraźnie
czuł, że jest zgubiony. Prawą zaś dłonią, w milczeniu, ze złowieszczą powolnością, głuchy
zrywał zeń po kolei wszystkie części zbroi, szpadę, sztylet, kask, pancerz, naramienniki – jak
małpa obierająca orzech. Całą żelazną skorupę żaka, kawałek po kawałku, rzucił na posadzkę.
Kiedy żak ujrzał, że rozbrojony, rozebrany, słaby i nagi znalazł się w tych niebezpiecznych
rękach, nie próbował przemówić do głuchego, lecz bezczelnie roześmiał mu się prosto w nos i z
nieustraszoną beztroską szesnastoletniego chłopca zaczął śpiewać popularną wówczas piosenkę:
Pięknie odziane
Miasto Cambrai
Ograbił Marafin...
Nie dokończył. Ujrzano, jak Quasimodo stanął na parapecie galerii, jedną ręką trzymając żaka
za nogi i niby procą zamachnął się nim nad przepaścią; potem usłyszano hałas, jakby pudło z
kośćmi roztrzaskało się o mur, i zobaczono, że coś spada i zatrzymuje się po drodze na sterczynie
wystającej ze ściany. Było to martwe ciało, które zawisło tam, wpół zgięte, ze zgruchotanym
krzyżem, z pustą czaszką.
Z żebraczej ciżby buchnął wrzask wściekłości.
– Zemsta! – krzyknął Klopin.
– Na pohybel! – odpowiedziała czerń. – Do szturmu! Do szturmu!
Rozległo się nieludzkie wycie, mieszanina wszystkich języków, wszystkich narzeczy,
wszystkich akcentów. Na widok śmierci nieszczęśliwego żaka wściekły zapał ogarnął ciżbę.
Wstyd i gniew zdjął żebraków, że tak długo pozwalali jednemu garbusowi trzymać się w szachu
przed kościołem. Zażartość pomogła znaleźć drabiny, rozmnożyła pochodnie i nim minęło kilka
minut przerażony Quasimodo ujrzał, że groźne mrowie ze wszystkich stron wdziera się na
katedrę. Ci, co nie mieli drabin, mieli sznury z węzłami; ci, co nie mieli sznurów wdrapywali się
po wypukłościach rzeźb. Jedni chwytali się łachmanów drugich Nie było sposobu odparcia tego
wzbierającego przypływu przerażających twarzy dzikie oblicza lśniły z zaciekłości; ich ziemiste
czoła ociekały potem; ich oczy błyszczały; szpetne gęby-maski osaczały zewsząd Quasimodo.
Rzekłbyś, że to jakiś inny kościół posłał swoje gorgony, psy, smoki, szatany, swoje najbardziej
fantastyczne rzeźby do szturmu na katedrę Marii Panny. Zdawało się, że powłoka żywych
potworów pokryła kamienne potwory fasady.
Plac rozgwieździł się tymczasem tysiącem pochodni. Ten chaotyczny, aż do tej pory
pogrążony w mroku obraz nagle rozpalił się jasnym światłem. Dziedziniec katedralny lśnił i
rzucał blask na niebo; stos, rozpalony wysoko na ganku, wciąż jeszcze płonął, padając łuną
daleko na miasto. Ogromna sylweta obu wież legła na dachach Paryża wyrzynając z tej jasności
szeroką płachtę cienia. Miasto jak gdyby zaniepokoiło się. Słychać było dalekie dzwony na
trwogę. Żebracy wyli, sapali, przeklinali, wchodzili coraz wyżej; a Quasimodo, bezsilny wobec
tylu wrogów, drżał z lęku o Cygankę, oglądał wściekłe gęby coraz bliżej przysuwające się do
galerii, błagał niebo o cud i załamywał ręce z rozpaczy."
"Może czytelnik pamięta, w jak krytycznym położeniu pozostawiliśmy Quasimodo. Dzielny
głuchy, napastowany ze wszystkich stron, utracił, jeśli nie wszelką odwagę, to wszelką nadzieję
uratowania, nie siebie (nie myślał o sobie), lecz Cyganki. Biegał jak szalony po galerii. Katedra
Marii Panny już za chwilę miała wpaść w ręce żebraków. Nagłe potężny galop koni wypełnił
sąsiednie ulice. Długi rząd pochodni i zwarta kolumna jeźdźców, co, popuściwszy cugli, pędzili z
nastawionymi pikami, jak huragan wpadły na plac z wściekłym wrzaskiem: „Francja! Francja!
Rżnij chamów! Châteaupers, na odsiecz! Starostwo! Starostwo!”
Przerażeni żebracy w jednej chwili zmienili front.
Quasimodo, który nic nie słyszał, zobaczył obnażone szpady, pochodnie, żelazne ostrza pik,
całą tę jazdę, a na jej czele poznał kapitana Febusa. Zobaczył zamęt wśród żebraków, przerażenie
jednych, niepokój najlepszych, i ta nieoczekiwana odsiecz tyle mu dodała siły, że zepchnął ze
ściany kościoła pierwszych napastników, którzy już zaczynali przedostawać się na galerię.
Istotnie, to przybywało królewskie wojsko.
Żebracy opierali się dzielnie. Bronili się jak straceńcy. Zaatakowani z boku od ulicy Św.
Piotra z Wołami, a z tyłu od ulicy Katedralnej przyparci do katedry Marii Panny, do której
jeszcze szturmowali, a której bronił Quasimodo, byli równocześnie i osaczającymi, i osaczonymi.
Znaleźli się w tym niezwykłym położeniu, w jakim później, w roku 1640, podczas słynnego
oblężenia Turynu znalazł się między księciem Tomaszem Sabaudzkim, którego oblegał, a
margrabią de Leganez, który go otoczył – hrabia Henryk d'Harcourt. „Taurinum obsessor idem et
obsessus”, jak głosił napis na jego nagrobku.
Utarczka była zażarta. Wilczej skórze – psie zęby, jak powiada Parys Mathieu. Jazda
królewska wśród której dzielnie stawał Febus de Châteaupers, nie oszczędzała nikogo, i ostrza
szpad dobijały tych, którym udało się umknąć spod kopii. Żebracy licho uzbrojeni, kąsali jak
wściekli. Mężczyźni, kobiety, dzieci rzucali się na zady i na piersi końskie i wczepiali się w nie,
jak się czepiają koty, zębami i pazurami czterech łap. Inni pochodniami walili po twarzach
tuczników. Jeszcze inni wbijali żelazne haki w szyje jeźdźców i ściągali ich z siodeł, a tych, co
spadli, rozszarpywali na kawałki. Szczególnie zaś wyróżniał się wśród nich jeden z szeroką,
lśniącą kosą, który przez długi czas kosił końskie nogi. Był przerażający. Nucił coś pod nosem i
bez ustanku machał swoją kosą. Po każdym takim machnięciu powstawał wokół niego wielki
krąg odciętych członków. Posuwał się tak przez największy gąszcz jeźdźców powoli, kołysząc
głową i oddychając miarowo, jak żniwiarz koszący łan żyta. Był to Klopin Postraszgłupca.
Powalił go strzał z rusznicy."
Oblężenie katedry przypomina łudząco...rokosz, powstanie; prawda?
I podobnie jak powstanie listopadowe, skazane było na kleskę.
Ale Clopin i jego ludzie, choć mogli podejrzewać, że całe wydarzenie zakończy się klęską i śmiercią wielu...ruszyli w bój. Nie zostawili sprawy, w którą wierzyli. Podobnie jak Polacy podczas powstania listopadowego.
Dlatego myślę, że społeczność Cygańska a w szczególności postać Clopina Trouillefou miała być swoistym ukłonem Hugo w stronę Polski i Polskiej sprawy, za którą tak się opowiadał.