Dziś bloga widziało

Streszczenie 13 powieści

  Witajcie, kochani!  Podoba wam się nasza nowa mini-seria o mojej przyszłej książce, którą wydaję za dekadę? Jeśli tak- bardzo się cieszę. ...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Streszczenie 13 powieści

 Witajcie, kochani! 

Podoba wam się nasza nowa mini-seria o mojej przyszłej książce, którą wydaję za dekadę? Jeśli tak- bardzo się cieszę. Ale nie wolno zapominać także o reszcie mojej twórczości. Słuchajcie, w sierpniu wydaję książkę zupełnie nową- Już trzynastą. 
Tak, wiem, popędziliśmy bo ostatnio wrzucałam tu streszczenie dziesiątej. 
Jeśli będziecie chcieli to w międzyczasie wrzucę wam zaległe streszczenia i fragmenty pozostałych dwóch, tymczasem skupmy się jednak na teraźniejszości! ;)

"Philemon, Arkadia, Kiliana i Nela to patchworkowa rodzina, która stara się żyć razem w miłej atmosferze. Nela jednak ma trudność z zaakceptowaniem swojego ojczyma. Kiliana i Arkadia starają się pomóc im obu pokonać problem ale potrzebują wsparcia.

W końcu dostają Je z najmniej oczekiwanej strony. Jakim sposobem tej niezwykłej rodzinie uda się w końcu zgodnie kroczyć krętymi ścieżkami wspólnego zrozumienia? O tym, drogi czytelniku, przekonaj się na własną rękę, wchodząc w świat tej rodziny."

No, to kto chce wejść w ten świat? ;)



piątek, 12 czerwca 2026

Jak zepsułam szyki Hugo czyli moje OC

 Siemaneczko kochani! Dzisiaj drugi z moich postów przebitek dotyczący tego wielkiego, tajemniczego projektu który wydaję za dekadę ale w który tak się wciągnęłam że nie mogę go dłużej przed wami chować!

Z racji że stwierdziłam że po zmianie fabuły Hugo przez Ginewrę i jej podróże w czasie i efekt motyla oryginalny skład Hugo stał się nieco...zbyt malutki, to do świata Katedry zawitały postacie stworzone całkiem lub częściowo przeze mnie. Całkiem spora zgraja bo ponad sto trzydzieści.
Sto trzydzieści, czaicie? Nie wiem kiedy mój mózg wyprodukował ich wszystkich.
Niektóre są związane z dobrze wam znanymi bohaterami, którym po prostu rozszerzyłam Background i pojawiają się na kartach historii, w tle lub we wspomnieniach. Jedne przewijają się przez całą historię, inne pojawiają się tylko na potrzeby poszczególnych wątków i znikają. 

Spis moich OC
Ginewra— Cóż. Miała być protagonistką, ale jej kochani debile w późniejszych tomach kradną jej show. Grunt że dalej przylatują do niej z pytaniami albo próbują pomóc wrócić do XXI wieku!
Doulce- słodka sześciolatka która zrobiła chaos na salonach i doprowadziła połowę Paryża do omdleń tym że autentycznie nie ogarnia czemu inni boją się Clopina.
Sibella— Kobieta nie tylko z imieniem ale i charakterem we włoskim stylu, na tyle charakterna żeby okiełznać Króla Dworu Cudów. 
Adelle— Czyli jak można utrudnić śledztwo kryminalne po prostu umarłszy? 
Aribelle— Naszyjnik, zioła i rymy. 
Hrabina Gabriela de Marguent— Czyli jak frustracja brakiem syna doprowadza do afer trucicielskich i klasztou.
Dziadek Clopina- Azar Samul— Czyli jak zepsuć autorytet wnuka zza grobu...kozami? 
Babcia Clopina— Coralina— Czyli taborowy przepis na zupę wiśniową z miodem mniszkowym wjeżdża na salony. 
Rosetta— Czyli ptasia królowa taboru.
Eleazer— Jak zginął i czemu Clopina dalej to nawiedza?
Kowale u których Clopin terminował— Ci to musieli szoknąć widząc na co wyrósł ich wychowanek... 
Służba w rodzinnej posiadłości Febusa w Roinville
lokaj Estienne— Czyli jak dostawać notoryczne zawały a mimo to nie odejść z roboty.
Ochmistrzyni Amelia— Czyli zwierzęta na pokojach i brak instrukcji.
Garderobiana Cateline— Brak miliona kufrów jako...obraza zawodowa?
Kucharz Roul—Czy jeden słoiczek miodu mniszkowego w grudniu potrafi zniszczyć lata doświadzenia?
Hrabina Melisende de Montfort i jej córka, hrabianka Aalis— Czyli polowanie na męża zakończone fiaskiem.
Lady Bernadette Beaumont z córką Adelą—czyli czemu instrumenty to nie wszystko.
Markiza Isabeau Chambely i jej córka Colette.— Jak powiedzeniem prawdy można spławić niechciane swaty?
Baronowa Mahaut du Four z córką Johanne— Czyli Clopin jako mistrz matchmakingu- jak wyswatać poetę bez grosza przy duszy? 
Wicehrabina Chantal Desjardins z córką, wicehrabianką Louise.— Czyli jak Clopin zrobił na złość Frollo...znajdując mu bratową.
Hrabia Arsène de Beauchamp.—Czyli jak NIE zaimponować Esmeraldzie.
baron Alexandre De la Croix— Czy potrafił tańczyć jak Esmeralda zagra? 
Wicehrabia Elias Fournier— Czyli pies psu nierówny
Amee— Czyli standardowa babska zawiść o...faceta i urodę.
Aina— Jak przekombinować z ziołami i wprowadzić króla dworu Cudów w panikę
Klara Mach- Kopciuszek i...Bestia? To chyba nie tak leciało.
Matthieu Emile— Czyli Esmeralda jednak lubi mądrych!
Sophie— Czyli jak zgubić własny akt chrztu mimo że ojciec jest dzwonnikiem w Notre dame?!
Lucia— Więcej talentów po mamie tancerce czy tacie profesorze? 
Elena— czyli jak książę Orleanu totalnie wymiękł dla dziewuchy!
Arlinda— Czyli jeżdżenie, szukanie i... brak tłumacza. 
Charlotte z Saint-Germain— Czyli jeśli chcesz kogoś do siebie przekonać- zacznij od dzieci.
Osanne Laurent— Czyli jak zapunktować moralnością
Maïwenn Forestier— Czyli nonkomformizm jednak istineje!
Tatienne Gardinier— Czyżby nie tylko Karol był życzliwy?
Vivienne Bonhome— Czyli jak nie wepchnąć się na minę.
Erika Antall—Uśmiech, życzliwość i muzyka to zawsze uniwersalna komunikacja.
Konstancja, Gertruda, Marianna Dziedzic- Czyli jak doprowadzić Clopina do istnej czystej kurwicy. 
Gautier D’Aramitz— Czyli Easter egg z muszkiererów!
Alexandre Ménard—I znowu kuźwa aptekarz...
Isidore Giraud— czy umie grać na  lirze tak dobrze jak Orfeusz? 
Hubert Moreau—I kolejny muzykalny...
Arnaud Bourdillon— Zainteresowanie złotnictwem i astrologią daje dobrze dobrany prezent
Florentin Dufort—Flandryjskie powiązania
Sylvain Pelley— Młody, aspirujący...i często w rozjazdach.
Francis Chastain—Czyli po co dawać lejce komuś kto jeździ na oklep?
Sebastien Giffard— Czyli jak wkraść się w łaski Clopina który winem nie gardzi! 
Stella— Czyli...jak książę Orleanu wyjebał własnego kapelana z roboty.
Agnes— Druga córa w Prima Aprilis? No chyba żart... 
Gloria— Książę Orleanu zwisający z parapetu? Normalny wtorek w Blois, no przecież! 
Nicodemo— Czyli plan spóźniony o trzy lata. 
Ludwik Karol— Czyli jak opóźnić własne swata zagadkami? 
Marszałek—Czyli regularna kurwica protokolarna
Madame Royse Escoffier— Jak Clopin nie dał się namówić na kurewki?
Pan Dubois— Czyli pomieszanie z poplątaniem w terminach niemożliwych! 
Simeon— Czyli jak nie zejść na zawał przy wujku przyszłej narzeczonej.
Marie— Piekarzówna...synową księcia?
Daisy Kikkert— Czyli dlaczego do kurwy nędzy Książę Orleanu bawił się w tragarza incognito cały dzień?! 
Kasper— Czyli jak się pije z księciem po robocie.
Jacqueline— Jak legalnie  popsuć szyki teściowej? 
Lisa Maria— Czyli jak sprawić żeby książę Orleanu ochujał kompletnie...nie umiejąc jeszcze nawet mówić. 
Vico— Rodzynek w babskim gronie, czyli przełamanie statystyki Orleanów się udaje...czasem. 
Vicka— Aptekarska dokładność Michela w dealowaniu z ojcem w sprawie wnuków...
Lousje— Czyli czemu hrabiemu Angouleme tak długo zajęło wymyślenie jednego imienia... 
Ojciec Jean— Czyli jakie to było uczucie udzielać największego i najdziwniejszego ślubu stulecia... 
Sirius— Czyli narzeczona z najdziwniejszą rodzinką w pakiecie.
Urius— czyli swaty w cieniu masakry fabularnej
Dim—Jak przetłumaczyć Romski na marszałkowy?
Sayki— Czyli chaos urzędniczy z imieniem
Hansi— Czyli szukanie aktu chrztu z niemożliwą szerokością geograficzną.
Zache— Czyli jak ustalić wiek romskiego kawalera po wskazówkach niemożliwych.
Seth— czyli marszałek próbujący ogarnąć Romski kalendarz.
Guster— Koszmar lokalizacyjny?
Tobar— Więcej taborów, więcej chaosu.
Nelus—Czyli czemu rosmkie swaty to koszmar 
Gallius—Jak obliczyć wiek z dziesiątki Karo?!
Pop z Cypru z rodziną- Żoną Cateriną i dziećmi— Czyli jak Karol koronował się na Cyprze.
Gaspard de la Grimoire— Chciał być mądry...Ludwik był mądrzejszy!
Perrette la Pétillotte— Czyli śledztwo szukania ojca Esmeraldy po...burdelach.
Aveline— Jak Ludwik spłodził Michela w czasach dżumy na stanach generalnych?
Stara niania Ludwika (na razie bezimienna)— Czyli kto może mówić do Księcia Orleanu per Lowieke i nie dostać opierdolu.
Laurent— Czyli pierwszy realny ludzki kumpel Delfina
Ophelie— Czyli Agnes też zaczyna tworzyć swój krąg
Sylvette— Czy Jehan Frollo nadaje się w ogóle na ojca?!
Audrey— Czyli czy Gloria ma urok po tatusiu i oczaruje nową koleżankę? 
Berenice— Czyżby pierwsza kandydatka na żonę dla Delfina? 
Rachelle— Idealnie wychowana młoda dama? Czy okiełzna Agnes? Czy może sama przy niej nabierze romskiej swobody?
Markiz Anselme Dupuis— Czyli Ludwik i Karol muszą zaktualizować bazę danych... 
Pauline— Czyli jak marszałek dostaje pierdolca bo niewyswatana dwudziestodwulatka... 
Ichiro— Czy Francuzi w ogóle umieją to wymówić?
Melody— Czyli po koszu od Esmeraldy dalej idzie znaleźć partię!
Josseline— Czyli pierwsza towarzyszka Stelli po debiucie
Henriette— Czyli kolejne łzy marszałka- dwadzieścia lat i panna...
Annette— Kolejny odżył po koszu od Esme... 
Fabienne— Kolejna towarzyszka dla Stelli i Agnes
Jean-Charles— Męski krąg Ludwika Karola też rośnie...
Yasmine— Czy ma magiczną lampę? ;) 
Camille— Jak wytrzymać z dwójką młodszych braci?
Sylvestre— Czyli dlaczego od teraz każdy sylwester u Karola będzie wyglądał dwieście razy gorzej...
Matéo— Dar od Boga...chyba nie dla marszałka. 
Suzanne— Szlachta z prowincji na salonach u Księcia Orleanu?
Teodor— Czyżby miał zakręcić się wokół Agnes? A może nie...
Vincent—Kolejny kumpel dla Delfina! 
Eleonora— Czterech synów? Renesansowy jackpot.
Ernest— Czyżby kolejny absztyfikant dla Agnes?
Bernard— Dwadzieścia siedem lat i nieżonaty czyli kolejny marszałka koszmarek.
Rudolf— Dwadzieścia trzy lata? Czy marszałek będzie próbował?
Denis—Czy imię po patronie Paryża pomoże w kontaktach z Glorią?
Marcelina— Kolejna szczęściara po  mężowskim koszu od Esmeraldy 
Stephanie— Kolejna BFF Agnes?
Filip—Kolejny dwudziestojednolatek bez pary...
Daphne— Czyżby wkradli nam się Bridgertonowie? ;) 
Rebecca—Oho, czyżby kolejna panna dla Delfina? ;)
Maximilien—I kolejny potencjalny absztyfikant dla Stelli...
Nicolas—Dwadzieścia cztery lata czyli niekończący się koszmar marszałka... 
Christelle—Kolejna "pokoszowa" perełka.
Olivier— Czternastolatek. Kolejny absztyfikant dla Stelli...acz Karol pewnie wniesie weto.
Morgane— Czy Karol i Ludwik ją polubią i pogadają o legendach Arturiańskich? 
Baptiste— Kolejny potencjalny kawaler dla Agnes. 
Vanessa— Czyli jak poznać żonę handlując suknem.
Anguelique— dziewięciolatka, czyli książę Orleanu prowadzi w Blois regularną podstawókę z własną trzecią córką na czele
Patricia—Kolejna wolna dwudziestolatka, here we go again...
Oswald—Kolejny absztyfikant dla Agnes...ilu z nich Ludwik odprawi?
Veronique— miejmy nadzieję że jeździ konno...
Elodie—szesnastolatka. Delfin Francji i Rymarzówna....czyżby? ;)
Marinette— Ciekawe czy ma kolczyki w biedronki... 
Gabrielle— Lutnistka i bliźniaczka Marinette. Cóż- Ludwik miał prawo pytać czy się nie mylą. 
Kasandra—Miejmy nadzieję że na nią nikt klątwy nie rzucił i ktoś jej wierzy...
Faustyna—Kolejna do tercetu!
Dawid—Czyżby był równie utalentowany jak siostra i...imiennik? ;) 
wicehrabia Rafael Charron— Czyli jak Ludwik i Karol mieli nieaktualne informacje i dlaczego czasem trzeba zapraszać na okrętkę panieńskim.
Adrien— Czyżby miał kota? ;)
Alexia— Zapewne marzy o pałacu z diamentów... 
Markiz Christophe Chauvin.— Czyli znowu- Panowie, notujemy nazwiska po mężach!
Jakub— Dwunastolatek, znowu ktoś dla Agnes...chyba że Karol wniesie weto. 
Baron Leopold Dumont— Ah te nazwiska... 
Henryk— Z jednym już mieli problemy. Co im da drugi? 
Horacy— Razem z bratem kolejni koledzy dla Delfina Ludwika Karola!
Adelardo Trudeau— Czyli pisarz spierdalający z Chatelet na dwa dni przez jednego głuchego audytora, jednego wściekłego gubernatora i spadającego z kufrów króla. 

Zwierzaki 
Capitaine— Czyli jak Clopin zyskał towarzysza życia...w powodzi.
Melisse— Jak zrobić zawał poecie...po prostu przechodząc?
Indra— Szczenięca energia wszędzie!
Galatea— Czyli pudlica kapitana łuczników je podroby z ręki Clopina
Pallas— Wierny koń Karola... mięjmy nadzieję że imię służy
Prometeusz— Wierny koń Ludwika. Nie popatatajał jeszcze do końskiego nieba bo Elena trzyma pieczę.
Lucifer— Kot Fleur. Wbrew pozorom imię nie idzie w parze z osobowością. 
Achilles— Pamiętacie żart Disneya? "Achilles, pięta"? ;)
Afrodyta— Bogini miłości...czyżby dlatego Febus i Fleur się jeszcze nie rozszarpali?
Speranza— Na co Clopin miał nadzieję tak ją nazywając? 
Sagar— Imię wskazujące na to skąd przybył. Matthieu musiał się zdziwić że w prezencie ślubnym Esmeralda dostała...konia zza morza. 
Naranja— Czyli jak Langeais przeżyło najdziwniejsze wesele świata gdzie pan młody w trakcie drugiego dnia własnego wesela urywa się na targ żeby kupić konia dla dwulatka, pozwala mu samemu wybrać i przepłaca o połowę.
Princessa— Klacz Eleny...i chyba wróżba tytułu po ślubie z pierwszym księciem krwi. 
Opal— Czyli jak dziadek Clopin sprowadził Ahał-Tekińca dla rocznej wnuczki...upierając się że zrobił to legalnie po znajomości.
Sparrow—Czy imię psa naprowadziło Elenę na osobisty emblemat?
Terra— A może ludwika na Epigram? ;)
Greffier— odwieczny cień Ludwika na czterech łapach.  Czyli jak Ludwik uparł się żeby Delfin Francji wychowywał się z psem.
Raja— Czyli Elena robiąca futro bez zabijania zwierząt.
Rani— Ludwik uczący się sanskrytu? I nie tylko!
Aspen—Mastiff Francuski imieniem...osika? Miejmy nadzieję że się nie trzęsie!
Wicher pustyni— Czyli jak Ludwik z ekipą znaleźli się...w Stambule?
Vera— Czyli Ludwik Karol pokazuje że naprawdę zakumał...nazywając psa.
Belle—Kojarzy ktoś musical? ;) 
Bonbon— Czyli Ludwik i jego miękkie serce. Albo miłość do słodyczy ;)
Bijou— Czy psa na kolanka można traktować jako ozdobę?
Chouchou— Czemu Spaniel Pikradyjski przypomniał Ludwikowi...ptysia? 
Duveteux— No i tu trafił z puszystością!
Lancelot—No tak- wychowany na królu Arturze...
Margaux— Może umaszczenie miała perłowe? 
Mignon—Widocznie słodki zwierzaczek...choć ulubieńcem Ludwika i tak jest Greffier.
Papillon— Chart lekki jak motylek? No...coś się zgadza.
Tournesol— Słoneczniki skręcają w stronę słońca... a ten pies widocznie kręci głową za ludźmi.
Alma — Koń z duszą. Prezent który zostaje u darczyńcy bo...nie zmieści się w dzwonnicy.
Carmela—Drugi prezent, tym razem zabrany przez właścicielkę, czyli... więcej chaotycznych cudów w Dworze Cudów.


No i jak Wam się podoba ten mój pyszny, katedralny burdel? 180 postaci, czaicie to w ogóle?! Najlepsze jest to, że z samych tych zajawek i tak nie wywnioskujecie, kto tu z kim trzyma i kto do kogo pasuje, bo charakterki wyjdą dopiero w praniu! Ale możecie już powoli zacząć snuć teorie spiskowe i układać własne shipy w ciemno – chętnie poczytam w komentarzach, jakie hybrydy z imion mi tu powymyślacie! Do zobaczenia za tydzień!


sobota, 6 czerwca 2026

Kto tu jest dobrym pieskiem i czy Frollo potrafi się bić? Czyli zwierzaki i sekrety ferajny z Katedry!

 Siemanko! Skoro w zeszłym tygodniu pokazałam Wam przedmowę, to dzisiaj lecimy z kolejnymi strzępkami z mojego tajnego projektu. Spis moich własnych postaci (OC) jeszcze się kurzy i uzupełnia, dlatego dzisiaj wjeżdża coś o wiele lepszego – bazy wiedzy o zwierzakach i ukrytych talentach ferajny! Loża szyderców i miłośników futrzaków – zapraszam!


Eksperymentalna interpretacja/alternatywna "Notre Dame de Paris"- notatki


Ginewra— Główna bohaterka. Typowa młoda dorosła z XXI wieku...która znalazła się w bardzo nietypowych okolicznościach z nietypowymi ludźmi których czasem ma ochotę przytulić a czasem udusić. ;)


Quasimodo- Najpopularniejszy dzwonnik i garbus znany chyba wszystkim. Jednak w tym eksperymencie przyjrzymy mu się bliżej.

Praca dzwonnika od kulis- zobaczymy z czym Quasimodo zmaga się na co dzień w katedrze. I jak Ginewra mu to ułatwi...albo utrudni. 

Quasimodo urodzony w Cygańskim taborze- Czyli zobaczymy kim Quasimodo byłby gdyby nie znalazł się w katedrze i jak bardzo zrobi to chaosik w Paryżu.

Adéle i Sibella- dwie kobiety przyniosły Quasimodo do domu Stokrotki wiosenki— Zdradzę wam tylko tyle- Sibella ma całkiem sporą historię tła która łączy także kilka innych postaci. ;)


Pierre Gringoire 

Gringoire- nie tylko poeta ale i wirtuoz?✔️— Cóż, U Hugo mu nie szła kariera w teatrze więc może chociaż na scenie muzycznej? Choć u mnie jego marzenia o tej teatralnej też odżyją za sprawą...nietypowego protektora. ;)


Claude Frollo 

Frollo- ukryty talent szermierczy?—Hugo twierdził że Frollo jest z rodzinny drobnoszlacheckiej, od dziecka przeznaczony do stanu duchownego ale...może jednak odebrał też inne stosowne dla drobnego szlachcica, co? 


Phoebus de Chateaupers 

Kapitan Febus- astronom amator?✔️— Bo nawet kapitan łuczników czasem musi mieć zawodowo głowę w chmurach...albo gwiazdach. 


Fleur de Lys Gondelaurier 

Miłośniczka zwierząt, szczególnie gołębii. ✔️— Bo trzeba mieć jakieś Hobby między haftowaniem i ploteczkami, prawda? 


Esmeralda

-Jak Esmeralda trafiła do Cygańskiego taboru? ✔️— Kto by pomyślał że jedna gwiazda może tyle namieszać...

-Aribelle- Cyganka która dała Esmeraldzie naszyjnik✔️— Naszyjnik i nie tylko. Dała Esmeraldzie dużo więcej.


Clopin

-System wierzeń w dworze cudów o wiele bardziej skomplikowany niż widzi to Paryż? ✔️— Czyli dlaczego Król Dworu Cudów nie jest bezbożnikiem za jakiego go mieli.

Próba wrobienia w morderstwo✔️ — Jak jedna psia łapa i stado kóz może narobić taki burdel w życiu?


Jehan Frollo de Molendino

Dzieciństwo najmłodzego osieroconego syna drobnej szlachty w młynie.✔️— Hugo się o tym nie rozpisał...a przecież to dużo tłumaczy w późniejszym zachowaniu Jana, prawda?!


Gudula/Stokrotka-Wiosenka

Stokrotka-Wiosenka gorliwą katoliczką?✔️— Bo jakoś trzeba przetrwać te wszystkie rewelacje...



Fleur lat 22 ✔️— Proste obliczenia z danych podanych przez Hugo i...materiał na farsę, jak się do tego dołoży...pewnego księcia.

Clopin lat 42 ✔️— mój headcanon.

Febus lat 28 ✔️— Obliczenia troszkę bardziej skomplikowane

Clopin milszy✔️— Bo wbrew pozorom miał serce! Tylko w swojej własnej wersji.


"Stary lis"— Czyli szorstka męska czułość.

"Stary diabeł"— Czyli przewrotna pochwałą od przewrotnego przyjaciela. ✔️

"Mały żbik"✔️

"Mała lisica"✔️

"Mały diabeł w ludzkiej postaci"



Djali✔️

Capitaine- Około trzynastoletni wczesny Dog Niemiecki, należący do Clopina.  Przykolegował się do przywódcy taboru w okolicznościach...Ekstremalnych.✔️

Melisse- Trzynastoletnia kotka, pasująca Image'm do swojego właściciela- samego Archidiakona Frollo.✔️

Galatea- Pudlica Febusa- Wyobrażacie sobie ten kontrast? Febus na "Czołgu" imieniem Achilles a obok treptająca pudlica?✔️

Lucifer- Kot Fleur. Choć imię jest...bardzo zmyłką. 

Achilles- 15 letni czarny ogier w typie percherona✔️

Afrodyta-Koń Arabski✔️

Indra-Duży gończy gaskoński, kilka miesiecy- max rok.✔️

Speranza- klacz Arabska, ok 4-5 lat.✔️

Luna- klacz Andaluzyjska, 10 lat. 

I w miarę fabuły- zwierzyniec się rozrasta...robiąc jeszcze większy, pyszny chaos! 




Kołysanka Esmeraldy

Sleep, my child.

Let your little eyes

Close and rest.

They are tired of watching so much light.

The night is like a mother, it will sing you

A lullaby with its dark stars…

Sleep, my child, 

let your little eyes grow heavy and rest. 

They have seen so much light and now they need some shade. 

The night is like a loving mother, and it will sing you 

a soothing song with all its dark stars…✔️- I wbrew pozorom nie śpiewa jej sama Esmeralda, A Clopin dla niej.
Jak myślicie- Król Dworu Cudów ma dobry wokal? :P 

Febus i Fleur jak pies z kotem.- Wiadomo- W świecie równowaga musi być!✔️

więcej scen jak Esmeralda uczy się być księżniczką.- Czyli jak zaliczyć awans społeczny przez...ślepotę? 


sobota, 30 maja 2026

Karol, Ludwik, ferajna z Katedry i...podróże w czasie? Czyli literacki chaosik kontrolowany.

 Siemanko, kochani! Słuchajcie, wielka sprawa. Od listopada 2024 jestem wciągnięta w zajebiście fajny projekt literacki. 
Póki co nie ujawnię dużo, ale chciałam wam powiedzieć i pokazać chociaż coś, tak bardzo mnie jara! 
Wyobraźcie sobie mój własny, autorski szał twórczy: od tamtego roku zdążyłam już napisać i zamknąć w pierwszych draftach aż CZTERY TOMY tej historii, a piąty właśnie się pisze i moja klawiatura powoli zaczyna płonąć! Sama nie wiem, skąd mam w sobie tyle pary, ale jak już wpadnę w ten mój specyficzny trans i złapię potężnego hype'a, to po prostu nie potrafię się zatrzymać.
Trzymam ten cały świat ukryty głęboko w szufladzie. Dlaczego? Bo mam wobec niego ogromne, długofalowe plany. Chcę ten tekst dopracować do absolutnej perfekcji, zredagować każdy najmniejszy szczegół, dlatego oficjalną premierę planuję... dopiero za jakąś dekadę! Tak, dobrze czytacie – w okolicach 2036-2038 roku. Szaleństwo, co?
Ale ta energia tak bardzo mnie rozsadza od środka, że pomyślałam: 'A kurczę, nie wytrzymam tylu lat w tajemnicy!'. Muszę się z Wami podzielić chociaż małym przeciekiem z mojej pisarskiej jaskini. Zanim jednak zobaczycie surową przedmowę do pierwszego tomu, lojalnie ostrzegam – to, co tam się dzieje, to jest totalna jazda bez trzymanki i literacki kosmos.
Jeśli jesteście ciekawi, co tam nakombinowałam z moją ukochaną Katedrą, czytajcie dalej!

Tutaj łapcie przedmowę do pierwszego tomu

"
Jako wielka fanka twórczości Victora Hugo, wielokrotnie czytałam jego powieść „Notre Dame de Paris” i analizowałam każdy jej wątek na wszelkie możliwe sposoby. Pozwoliłam sobie na ten mały literacki eksperyment: własną interpretację, lub, jak kto woli, mash-up literacki tego wybitnego klasyka.

W tym eksperymencie rozwinę niektóre wątki, które autor oryginału pozostawił ledwie muśnięte, tak jak wyobrażam sobie, że mogłyby się potoczyć. Zmodyfikuję też nieco dramatyczny wydźwięk utworu, czyniąc z niego coś na kształt groteski z większą dawką komedii. Podobnie jak wielki Victor Hugo, poruszę ważne tematy społeczne, zaktualizowane do dwudziestego pierwszego wieku.

W wielu wątkach odpowiemy sobie na pytanie: „Co by było, gdyby w (danym miejscu fabuły)… fabuła oryginalnej historii potoczyła się inaczej?”. Zmieniam też historię, która stanowi raczej luźne tło niż sztywne ramy, gdyż logika i przeczucie są czasem lepsze niż historyczne dowody lub ich brak.

Jeśli więc jesteście ciekawi, co wyszło z tego literackiego eksperymentu… zapraszam do lektury."

poniedziałek, 18 listopada 2024

"Katedra Marii Panny w Paryżu" Victora Hugo jako kopalnia szalonych teorii.

    Witajcie, kochani. Wiem, że znowu chwilkę się nie odzywałam, ale dziś znowu przychodzę do was z dywagacjami poczynionymi przez moją skromną osobę na temat, jak już pewnie większość z was wie, mojej ukochanej powieści "Katedra Marii Panny w Paryżu". Z racji, że tydzień temu obchodziliśmy święto niepodległości to też się wpasuję z dzisiejszym tematem, bo moje dywagacje...okazują się w pewnym stopniu patriotyczne.
   Pewnie wielu z was, którzy czytali powieść, oglądali musical na jej podstawie albo choćby film Disney'a nie jest obca postać Clopina Trouillefou, prawda? Zapewne teraz powiecie "No...tak, ale co on ma wspólnego z Polską i Patriotyzmem?". A powiem wam- dość przewrotnie może okazać się że...całkiem sporo. 
   Ale od początku. W oryginale powieści ani w żadnym z tłumaczeń co prawda przeszłość Clopina nie jest pokazana ale przewędrował przez Katalonię, Sycylię, Algier, Polskę, Węgry. Jednakże powieść nie określa, skąd Clopin pochodzi.
   Niby w oryginale to jego imię 'Clopin od czasownika Clopiner- kuleć; nazwisko "Trouillefou"(Geneza nieco trudniejsza do ustalenia) brzmi z francuska, ale powieść twierdzi, że do Francji; do Reims,  przybył z Dolnego Egiptu, przez Katalonię w Hiszpanii, Sycylię, Algier, Węgry i Polskę...
"Pewnego dnia przybyli do Reims bardzo niezwyczajni goście. Byli to włóczędzy i żebracy, którzy wędrowali przez cały kraj, prowadzeni przez swego księcia i swoich hrabiów. Byli ogorzali, włosy mieli kręcone, a w uszach srebrne koła. Kobiety były jeszcze szpetniejsze od mężczyzn. Miały jeszcze ciemniejsze i niczym nie osłonięte lica, wstrętne kaftany na ciele, stare płachty konopne zawiązane na ramionach, a włosy jak koński ogon. Małpy zlękłyby się dzieci, które w błocie czepiały się ich spódnic. Banda ekskomunikowanych; wszystko to przyszło wprost z Dolnego Egiptu przez Polskę do Reims.". "Esmeralda – wedle mniemania poety – była istotą bezbronną i czarującą, śliczną, wyjąwszy pewną minkę, którą czynić zwykła była, dziewczyną naiwną i namiętną, nic nie wiedzącą, a wszystkim zachwyconą; nie poznała jeszcze różnicy między mężczyzną i kobietą, nawet we śnie; taka już była z natury; aż do szaleństwa kochała taniec, zgiełk, przestrzeń; coś w rodzaju kobietypszczoły, która ma u stóp niewidzialne skrzydełka i żyje w wiecznym wirze. Tę naturę swoją zawdzięczała koczowniczemu życiu, które zawsze wiodła. Gringoire’owi udało się dowiedzieć, że we wczesnym dzieciństwie przewędrowała przez Hiszpanię i Katalonię aż po Sycylię; przypuszczał nawet, że razem z karawaną cygańską, do której należała, dotarła do królestwa Algieru, krainy położonej w Achai, która to Achaja z jednej strony dotyka do małej Albanii i Grecji, z drugiej zaś do Morza Sycylijskiego leżącego na drodze do Konstantynopola. Cyganie, mówił Gringoire, są wasalami króla Algieru, który jest władcą narodu białych Maurów. Pewnym zaś było, że Esmeralda jako całkiem młodziutka dziewczyna przybyła do Francji przez Węgry. 150 Ze wszystkich tych krain przywiozła ze sobą strzępki najprzeróżniejszych narzeczy, piosenki i cudzoziemskie pojęcia, które język jej czyniły równie pstrokaty jak jej strój – na poły paryski, na poły afrykański."

ale żaden z tych krajów nie jest wymieniany jako jego ojczyzna.

Pójdźmy krok dalej. Hugo  nawet nie zadał sobie trudu żeby...opisać kolor jego skóry, co byłoby jakąś tam wskazówką skąd etnicznie pochodzi.
Cyganie jako ogół w powieści są raczej opisani jako ciemnoskórzy

" Pewnego dnia przybyli do Reims bardzo niezwyczajni goście. Byli to włóczędzy i żebracy, którzy wędrowali przez cały kraj, prowadzeni przez swego księcia i swoich hrabiów. Byli ogorzali, włosy mieli kręcone, a w uszach srebrne koła. Kobiety były jeszcze szpetniejsze od mężczyzn. Miały jeszcze ciemniejsze i niczym nie osłonięte lica, wstrętne kaftany na ciele, stare płachty konopne zawiązane na ramionach, a włosy jak koński ogon.[...]  Cyganki wpadły w zachwyt nad dzieckiem i pieszczą je, i całują swymi czarnymi ustami"

Esmeraldy skóra ma odcień złotawy właściwy Andaluzyjkom i Rzymiankom

"Choć nieduża, wydawała się wysoka, tak prostą i smukłą miała kibić. Włosy jej były ciemne, ale czuło się, że przy dziennym świetle skóra dziewczyny musi mieć piękny odcień złocisty, właściwy Andaluzyjkom i Rzymiankom"

..Ale sam Clopin...SZCZEGÓŁÓW BRAK.

Ale, co ciekawe...Hugo w "Katedrze Marii Panny" wspomniał podróż Clopina i jego grupy przez...Polskę. Czemu to ciekawe? Bo w czasach, w których Hugo pisał tę powieść (1829-1831)...Polski formalnie nie było na mapie. 
A wzmianka o podróży Cyganów jest Jedyną wzmianką o Polsce w całej powieści.  


Teraz pozwólmy sobie przejść do sympatii samego Pana Hugo do naszego kraju, bo i owszem-była taka. Za źródło posłuży mi stronka Wikicytaty.

"

  • 29 listopada 1830 Polska poczuła, że przyszedł moment, aby nie dopuścić do przedawnienia narodowości, i w owym dniu zadała ten potężny cios szablą. Ta szabla została później złamana. Porządek – wypowiedziano to plugawe słowo – porządek zapanował w Warszawie. Ten lud, który był bohaterem, stał się znów niewolnikiem i znów przywdział zgrzebny strój galernika. Władcy godni katorgi znowu przykuli do łańcucha tego katorżnika godnego aureoli.
    • Opis: o Polsce pod zaborami i powstaniu listopadowym 1830.
    • Źródło: Wiesław Mateusz Malinowski, Jerzy Styczyński, Polska i Polacy w literaturze francuskiej (XIV–XIX w.), Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016, PDF, s. 296"

      "
    • Jestem bardzo Polakiem, ponieważ jestem bardzo Francuzem.
      • Opis: o Polsce w 1876 przymując delegację polską z Wacławem Gasztowttem na czele.
      • Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress.pl
      • Zobacz też: PolacyFrancuzi"

        "
      • Niestety, jesteś związana, zwyciężona i chylisz się ku mogile, a twoje białe ręce, zamiast synów, przyciskają do piersi skrwawiony krucyfiks. Na twojej królewskiej szacie znać jeszcze odciski butów Baszkirów, którzy przeszli po twoim ciele. Od czasu do czasu słychać brzmienie czyjegoś głosu, odgłos czyichś ciężkich krokow, widać błysk szabli, a ty pod murem, ociekającym twymi łzami, podnosząc umęczone ręce i głowę, która się chwieje, i oczy, które zdają się zachodzić mgłą śmierci, mówisz: „Siostro moja, Francjo, czy nic dla mnie nie świta?”
        • Opis: o Polsce pod zaborami.
        • Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress.pl"

          "
        • Pewnego pięknego dnia Europa, którą Polska ocaliła przed Turcją, wydała Polskę Rosji (…). Polska stała na warcie.Europa ją wydała. Komu? Wrogowi. A kto dokonał tej rzeczy, dla której nie ma nazwy? Dyplomaci, ówczesne mózgi polityczne, zawodowi mężowie stanu. Otóż jest to nie tylko niewdzięczność, jest to niedorzeczność. Jest to nie tylko podłość, jest to głupota (…). Polacy, mówię to wam z głębi duszy, ja was podziwiam. Jesteście weteranami prześladowania. Na tym kielichu goryczy, z którego dziś pijemy, znajdujemy ślad waszych ust. Wy nosicie szlify wygnańcze. Wasi bracia są na Syberii, jak nasi są w Afryce. Wygnańcy z Polski! proskrybowani z Francji kłaniają się wam.
          • Opis: o Polsce pod zaborami.
          • Źródło: Wiesław Mateusz Malinowski, Jerzy Styczyński, Polska i Polacy w literaturze francuskiej (XIV – XIX w.), Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. PDF, s. 296"

            "
          • Polska leży w grobie ale trzyma w ręku trąbę zmartwychwstania.
            • "W Polsce macie przed sobą nie wroga, ale wzór do naśladowania.
              • Opis: o Polsce.
              • "Poza Francją to tu, to tam w Europie mordowane są całe narody, masowo deportowane, zakuwane w kajdany; Irlandię obraca się w cmentarz, Włochy obraca się w więzienie, Syberię zasiedla się Polską (…)Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress.pl"

              • … w tym ogromnym rumowisku ohydnych umów, które stanowią to co kancelarie nazywają obecnym prawem publicznym Europy – kramarzenie ziemiami, zakup ludów, sprzedaż narodów, – w tej obmierzłej kupie pergaminów, opatrzonych pieczęciami wszystkich cesarzy i królów, gdzie pierwszą stronę stanowi traktat rozbiorowy z r. 1772 a ostatnią traktat rozbiorowy z r. 1815, zieje otwór głęboki, straszliwy, groźny, rana otwarta, która przedziurawia plikę na wylot. Ktoż tego dokonał? Szabla polska. Iloma pchnięciami? Jednym. Kiedy? 29 listopada 1830.
            • Źródło: Victor Hugo a Polska, retropress"

              W mojej głowie więc natychmiast pewne kropki połączyły się mimowolnie. Naród bez własnego kraju, na obczyźnie, przemieszczający się z miejsca na miejsce...i walczący; o szacunek, o uznanie, o swoje miejsce w otaczającym ich świecie. 
                 Cyganie...i Polacy na Emigracji po upadku powstania!  Właśnie. Powstanie. W czasie, gdy Wiktor Hugo pisał tę powieść ( od września 1830 do lutego 1831 ) w Polsce mial miejsce kolejny zryw narodowościowo-wyzwoleńczy; powstanie listopadowe (29 lis 1830 – 21 paź 1831). 

              A przyjrzyjmy się teraz kilku scenom w powieści w powieści:

              "
              Czytelnik może jeszcze nie zapomniał, że część Dziedzińca Cudów była otoczona dawnym obronnym murem miejskim; niektóre jego wieże zaczynały już w tej epoce rozsypywać się w 235 gruzy. Jedna z nich została obrócona przez żebraków na przybytek wszelkich uciech. W parterowej izbie była gospoda, a reszta – na piętrach. Ta wieża była najbardziej ożywionym, a tym samym i najobrzydliwszym miejscem w całej żebraczej dzielnicy. Był to jakby rodzaj potwornego ula, który brzęczał i we dnie, i w nocy. W nocy, kiedy cała żebracza rzesza spała, kiedy na glinianych fasadach placu nie było już ani jednego zapalonego okienka, kiedy żaden krzyk nie dobywał się z tych niezliczonych lepianek, z tego mrowiska złodziei, dziewek i ukradzionych albo nieprawych dzieci, wciąż jeszcze można było rozpoznać wesołą wieżę po hałasie, jaki czyniła, po czerwonym świetle, które błyszcząc równocześnie w lufcikach, w oknach i w szczelinach popękanych ścian, przenikało na zewnątrz, by tak rzec wszystkimi jej porami. Karczma znajdowała się więc w piwnicy. Schodziło się tam przez niskie drzwi, po schodach tak stromych jak klasyczny aleksandryn. Nad drzwiami jako szyld wisiał cudowny bohomaz przedstawiający nowiuteńkie miedziaki i porznięte kurczęta, z dowcipnym napisem u spodu: „U dzwonników pogrzebowych”.
              Pewnego wieczora, kiedy na wszystkich basztach Paryża wydzwaniano porę gaszenia świateł, pachołkowie straży, gdyby dane im było wejść na niebezpieczny Dziedziniec Cudów – mogliby zauważyć, że w gospodzie żebraków panował zgiełk jeszcze większy niż zwykle, że więcej pito i soczyściej przeklinano. Na zewnątrz, na placu, ludzie zbici w gromady rozmawiali po cichu, jakby knuli jakiś wielki spisek, a tu i ówdzie jakiś łotr przykucnął i ostrzył o kamień nędzną żelazną klingę.
               W gospodzie jednakże wino i gra z taką siłą odciągały od myśli, które zajmowały tego wieczora cały cech żebraków, że z rozmów pijących trudno byłoby odgadnąć, o co idzie.
              Tyle tylko, że byli weselsi niż zwykle i że u każdego między kolanami błyszczała jakaś broń – nóż ogrodniczy, siekiera, duży miecz albo szpic starej piki. Izba, kształtu okrągłego, była bardzo obszerna; lecz stoły rozstawiono tak gęsto, a pijacy byli tak liczni, że wszystko, co pomieściło się w gospodzie – mężczyźni, kobiety, ławy, dzbany z piwem, ci, co pili, ci co spali, ci co grali, odrowi i koślawi – wydawało się upchane bezładnie, z takim samym porządkiem i harmonią, co skorupki ostryg zrzucone na kupę. Kilka łojówek paliło się na stołach; ale prawdziwym oświetleniem gospody, tym, czym w operze jest żyrandol, w tej karczmie był ogień komina. Piwnica była tak wilgotna, że komina nie gaszono nigdy, nawet i latem – ogromnego komina z rzeźbionym okapem, najeżonego ciężkimi żelaznymi wilkami i kuchennym sprzętem, w którym drzewo i torf paliły się płomieniem tak potężnym jak ten, co nocą na ulicach wioski rzuca szkarłatny blask z okien kuźni na ściany z przeciwka. Duży pies poważnie siedząc w popiele, obracał nad żarem rożen z mięsiwem.
               Mimo zamętu, już od pierwszego wejrzenia można było odróżnić w tej ciżbie trzy główne grupy stłoczone wokół trzech osobistości znanych już czytelnikowi Jedną z nich, dziwacznie przyodzianą w mnóstwo wschodnich łachmanów, był Matias Hungadi Spicali, książę egipski i cygański. Łotrzyk siedział na stole, nogi miał skrzyżowane, palec podniesiony w górę i głośno wykładał swoją wiedze i białej i czarnej magii licznej zgrai, która otoczyła go rozdziawiwszy gęby.
              Drugi tłumek gęsto otoczył naszego dawnego przyjaciela, walecznego króla Pięciu Franków uzbrojonego po zęby.
              Klopin Postraszgłupca z bardzo poważną mina i cichym głosem komenderował wypatroszaniem olbrzymiej beczki z bronią z odbitym dnem stojącej przed nim, z której, niby jabłka i winogrona z rogu obfitości, sypały się w nieładzie topory, szpady, panewki, kolczugi, ostrza pik i kopij i różnego rodzaju strzały. Każdy brał sobie coś z tej kupy, ten kask ów szablę, inny – krótki mieczyk z rękojeścią w kształcie krzyża.
              Zbroiły się nawet dzieci, nawet kaleki beznogie, które, okryte zbroją, pełzały pod nogami pijących, niczym ogromne żuki.
              Trzecia wreszcie grupa, najhałaśliwsza, najweselsza i najliczniejsza, zaległa ławy i stoły, w środku których perorował i przeklinał piskliwy głos, wydobywający się spod ciężkiej zbroi, 236 kompletnej od kasku aż po ostrogi. Człowiek, który przyśrubował sobie do ciała ten rycerski rynsztunek, znikł w nim tak dalece, że z całej jego osoby widać było tylko zawadiacki, zadarty czerwony nos, kosmyk jasnych włosów, różowe usta i zuchwałe oczy.
              Za pasem miał pełno noży i sztyletów, ogromną szpadę u boku, z lewej strony zardzewiałą kuszę, przed sobą sporą konewkę z winem, a z prawej strony tłustą, rozchełstaną dziewkę. Dokoła niego wszystkie gęby śmiały się, klęły i piły. Dodajcie ze dwadzieścia pomniejszych grupek, posługujące dziewczyny i chłopaków biegających z dzbanami na głowach, graczy pochylonych nad kręglami, nad młynkiem, nad kośćmi, nad pasjonującą grą w oko, sprzeczki w jednym kącie, całusy w drugim, a będziecie mieli jakie takie pojęcie o tej całości, nad którą drgał odblask ognia, ożywiając ściany karczmy tysiącem tańczących, olbrzymich, dziwacznych cieni.
               Zgiełk zaś był tutaj taki jak we wnętrzu rozkołysanego dzwonu. Patelnia podstawiona pod rożen, pryskająca smażącym się tłuszczem, wypełniała nieustannym skwierczeniem przerwy między rozmowami krzyżującymi się z kąta w kąt izby. Wśród tego harmideru, w głębi gospody, na ławie koło komina, siedział zadumany filozof z nogami w popiele i okiem wpatrzonym w żar. Był to Piotr Gringoire.
              – Prędzej, ruszaj się jeden z drugim, bierzcie broń! – Za godzinę wymarsz! – mówił Klopin Postraszgłupca do swoich żebraków. Jakaś dziewka nuciła:
              "Dobranoc, ojcze, matko,
              Już ostatnie światła gasną"

              "Tymczasem w drugim kącie gospody żebracy, szepcząc, wciąż jeszcze brali broń.
              – Biedna Esmeralda! – mówił jakiś Cygan. – To nasza siostra. Trzeba ją stamtąd wyciągnąć. – Więc wciąż jeszcze jest w katedrze Marii Panny? – pytał wyglądający na Żyda żebrak, który wzruszał litościwe serca podając się za zrujnowanego kupca. – Tak, do licha! – A więc, towarzysze – zawołał żebrak – do katedry! Tym bardziej, że są tam w kaplicy Św. Fereola i Św. Ferucjana dwie figury: jedna św. Jana Chrzciciela, druga św. Antoniego, całe ze złota; ważą one razem siedemnaście marek złotniczych i piętnaście estelinów i mają podesty z pozłacanego srebra, wagi siedemnastu marek i pięciu uncji. Ja o tym wiem, jestem złotnikiem."

              "Tymczasem Klopin Postraszgłupca zakończył rozdawanie broni. Zbliżył się do Gringoire’a, który wydawał się pogrążony w głębokiej zadumie; siedział z nogami opartymi o wilka w kominie.
              Przyjacielu Piotrze – rzekł król Pięciu Franków – o czym myślisz, u licha?
              Gringoire z melancholijnym uśmiechem odwrócił się w jego stronę.
              – Lubię ogień, drogi mój władco i panie. Nie z tej prostackiej przyczyny, że ogień rozgrzewa nasze nogi i gotuje naszą zupę, ale dlatego że są w nim iskierki. Czasami przez całe godziny przyglądam się iskierkom. Odkrywam tysiące tajemnic w tych gwiazdkach przyprószających ciemne dno komina. Te gwiazdki to są również światy.
              – Niech mnie piorun trzaśnie, jeżeli rozumiem, co ty gadasz! – rzekł żebrak. – Może wiesz, która godzina?
              – Nie wiem – odpowiedział Gringoire.
              Klopin podszedł więc do księcia Egiptu.
               – Towarzyszu Matiasie, chwila nie jest dobra. Mówią, że król Ludwik XI jest w Paryżu.
              – Tym bardziej należy wyrwać z jego szponów naszą siostrę – odparł stary Cygan.
              – Przemawiasz jak mężczyzna, Matiasie – rzekł król Pięciu Franków. – Zresztą sprawimy się zręcznie. W kościele nie będą stawiać oporu. Kanonicy to zające, a my pójdziemy kupą. Pachołkowie z sądu najwyższego mocno zdziwią się jutro, kiedy po nią przyjdą. Na kiszki papieża, nie pozwolę powiesić ładnej dziewczyny!
              Klopin wyszedł z gospody"

              "W tej chwili wrócił Klopin i krzyknął grzmiącym głosem:
              – Północ! Na to słowo – niby biwakujący pułk na rozkaz: „Na koń!” – wszyscy żebracy: mężczyźni, kobiety, dzieci, wypadli tłumnie z gospody z wielkim szczękiem broni i żelastwa.
              Chmury zakryły księżyc. Dziedziniec Cudów był zupełnie ciemny. Ani jednego światełka.
              Jednak bynajmniej nie był pusty. Zaległ go ledwie widoczny tłum mężczyzn i kobiet rozmawiających po cichu. Słychać było ich szepty, widać było najprzeróżniejszą broń połyskującą wśród ciemności.
              Klopin wszedł na wielki kamień.
              – Do szeregów. Gwaro! – krzyknął. – Do szeregów, Egipcie! Do szeregów, Galileo!
              Coś poruszyło się w mroku. Jakby ogromna ciżba formowała się w kolumnę. Po upływie kilku minut znów odezwał się głos króla Pięciu Franków:
               – Teraz milczenie, póki iść będziemy przez Paryż. Hasło: „pałasz i zabawa”. Pochodnie zapalimy dopiero przy katedrze. Naprzód, marsz! W dziesięć minut później pachołkowie nocnej straży uciekali co koń wyskoczy przed długą procesją czarnych i milczących ludzi, idącą w stronę mostu Wymiany przez kręte uliczki, przecinające we wszystkich kierunkach gęsto zabudowaną dzielnicę Hal."

              "Quasimodo nie spał tej nocy. Odbył się już ostatni obchód kościoła. Zamykając wrota nie zauważył, że archidiakon przeszedł obok niego i wyraźnie był niezadowolony widząc, jak starannie dzwonnik zamyka i zasuwa ogromne żelazne rygle, które obu skrzydłom drzwi katedry nadawały odporność muru. Ksiądz Klaudiusz wydawał się jeszcze bardziej niż zwykle pochłonięty jakimiś myślami. Zresztą, od nocnej przygody w celi archidiakon znęcał się nad Quasimodo; ale nadaremnie go lżył, a nieraz nawet i uderzył – nic nie zdołało zachwiać pokory, cierpliwości i bezgranicznego oddania wiernego dzwonnika. Od archidiakona bez słowa wymówki, bez słowa skargi znosił obelgi, groźby, uderzenia. Co najwyżej, kiedy ksiądz Klaudiusz wchodził na schody wieży, Quasimodo niespokojnie śledził go spojrzeniem, lecz archidiakon sam unikał ponownego spotkania z Cyganką. Otóż tej nocy Quasimodo, zajrzawszy na chwilę do swych biednych, tak zupełnie opuszczonych dzwonów, Żakeliny, Marii i Tybalda, wszedł aż na sarn szczyt północnej wieży i postawiwszy na ołowianym dachu swoją ślepą, szczelnie zamkniętą latarkę, zaczął patrzeć na Paryż. Noc, jak już powiedzieliśmy, była bardzo ciemna. Paryż, który w tej epoce właściwie nie był oświetlony, wyglądał stamtąd jak bezładne nagromadzenie czarnych brył, przecięte tu i ówdzie białawym łukiem Sekwany. W jednym tylko oknie dalekiego gmachu, którego niewyraźna, ciemna sylweta wznosiła się wysoko ponad dachy w okolicy bramy Św. Antoniego, Quasimodo zobaczył światło. Tam również ktoś czuwał. Dzwonnik błądząc swym jedynym okiem po tym mglistym, nocnym widnokręgu, poczuł, że nurtuje go jakiś dziwny niepokój. Od kilku dni zaostrzył czujność. Spostrzegł, że dokoła katedry 240 nieustannie wałęsają się jacyś ludzie ponurymi twarzami, nie spuszczający z oka schronienia dziewczyny. Pomyślał, że może knuje się jakiś spisek przeciwko nieszczęsnej. Wyobrażał sobie, że ją ściga nienawiść ludu, tak jak i jego, i że wkrótce może się coś stać. Wystawał więc na swojej dzwonnicy na czatach, „marząc w komnacie marzeń”, jak powiada Rabelais, patrząc kolejno to na celę, to na Paryż, pilnując czujnie, niby dobry pies, z tysiącem podejrzeń w duchu. Nagle, kiedy badał wielkie miasto tym jednym okiem, które natura, jakby dla powetowania, uczyniła tak przenikliwym, że mogło nieomal zastąpić te organa, których Quasimodo brakowało, zdało mu się, że kontur Starokuśnierskiego Wybrzeża wygląda jakoś niezwykle, że coś się w tym miejscu porusza, że linia balustrady odcinająca się czarno od jasnego tła wody nie jest prosta i nieruchoma, jak na innych nadbrzeżnych ulicach, ale faluje w oku, jak woda w rzece albo jak głowy idącego tłumu. Zastanowiło go to. Zdwoił uwagę. Ruch posuwał się jak gdyby w kierunku Cité. Zresztą bez światła. Trwał przez pewien czas na wybrzeżu, potem przepłynął powoli, jak gdyby to, co przechodziło, weszło do wnętrza wyspy; wreszcie ustał zupełnie i kontur bulwaru znów stał się prosty i nieruchomy. Wkrótce potem, kiedy Quasimodo gubił się w domysłach, znów wydało mu się, że dostrzega ruch w ulicy Katedralnej, która przecina Cité prostopadle do fasady katedry Marii Panny. Wreszcie, choć ciemności były gęste, zobaczył, jak się wyłania z tej ulicy czoło kolumny i jak w jednej chwili rozbiega się po placu tłum; bo w tej ciemności widać było tylko tyle, że jest to tłum. Widok ów budził grozę. Ta niezwykła procesja, która najwidoczniej bardzo starała się skryć pod zasłoną ciemności, prawdopodobnie zachowała również głębokie milczenie. Musiała jednak wydawać jakiś szmer, choćby tupot kroków. Lecz nie docierał on do głuchego, a ta ogromna ciżba, którą zaledwie dostrzegł, której nie słyszał, wydała mu się legionem umarłych, niemym, nieuchwytnym, zgubionym w dymie. Zdawało mu się, że się zbliża ku niemu zaludniona mgła, że się cienie poruszają wśród cienia. I wtedy powróciły obawy, myśl o zamachu na Cygankę znów zjawiła się w jego umyśle. Czuł niewyraźnie, że nadchodzi decydująca chwila. W tym krytycznym momencie rozumował lepiej i sprawniej, niżby się tego można było spodziewać PO tak źle ukształtowanym mózgu. Czy powinien obudzić Cygankę? Wyprowadzić ją chyłkiem? Którędy?... Ulice były osaczone, kościół stał tuż nad rzeką. Nie było łodzi. Nie było wyjścia. Pozostało mu jedno: dać się zabić na progu katedry, stawiać opór przynajmniej tak długo, póki nie nadejdzie odsiecz, jeśli nadejść miała, i nie zamącić snu Esmeraldy. Śmierć i tak zawsze za wcześnie obudzi nieszczęśliwą dziewczynę. Powziąwszy to postanowienie nieco spokojniej zaczął przyglądać się „wrogowi”. Tłum z każdą chwilą zdawał się rosnąć na placu katedralnym. Quasimodo wywnioskował jednak, że ciżba ta niewiele, widać, czyni hałasu, gdyż okna wychodzące na ulice i na plac nie otwierały się. Nagle zapłonęło światło i w jednej chwili siedem czy osiem zapalonych pochodni przebiegło po głowach tłumu, Potrząsając w ciemnościach swymi grzywami z płomienia. I wówczas Quasimodo zobaczył wyraźnie, jak na placu Katedralnym kłębi się przerażające stado mężczyzn i kobiet w, łachmanach, uzbrojonych w kosy, piki, noże i halabardy tysiączne ostrza rozbłysły. Tu i ówdzie czarne widły sterczały jak rogi nad obrzydliwą twarzą. Przypomniał sobie niejasno ten motłoch, wydawało mu się, że poznaje głowy, które kilka miesięcy temu pozdrawiały go jako papieża błaznów. Jakiś człowiek trzymający w jednej ręce pochodnię, a w drugiej bat zwany „miotełką”, wszedł na kamienny cokół i wyglądało, że zaczął przemawiać. Jednocześnie cudaczna armia wykonała kilka obrotów, jak gdyby rozstawiając się wokół kościoła. Quasimodo wziął latarkę i zszedł na ganek położony między wieżami, żeby lepiej widzieć i obmyślić sposób obrony. Klopin Postraszgłupca stanąwszy przed wysokim portalem katedry rzeczywiście uformował 241 swoje wojsko w szyk bojowy. Choć nie spodziewał się żadnego oporu, jako przezorny wódz, chciał utrzymać ład, który w potrzebie pozwoliłby mu stawić czoło nagłemu natarciu nocnej straży czy też pachołkom grodzkim. Rozstawił więc swoją brygadę w taki sposób, iż oglądając ją z daleka i z wysoka, sądziłbyś, że to rzymski trójkąt w bitwie pod Eknom, odyńcowa głowa Aleksandra lub słynny klin Gustawa Adolfa. Podstawa tego trójkąta opierała się o przeciwległy katedrze bok placu, zamykając ulicę Katedralną; jeden bok stał naprzeciwko Domu Bożego, drugi – naprzeciwko ulicy Saint-Pierre-aux-Boeufs. Klopin Postraszgłupca stanął na wierzchołku trójkąta razem z księciem Egiptu, z naszym przyjacielem Janem i z najzuchwalszymi żebrakami."

              "Powróćmy do katedry Marii Panny. Kiedy zakończono wydawanie pierwszych zarządzeń (a musimy przyznać ku chwale żebraczej karności, że rozkazy Klopina zostały wykonane w milczeniu i z podziwu godną dokładnością), zacny wódz hałastry wszedł na dziedziniec katedralny i przemówił chrapliwym i gniewnym głosem, obracając się twarzą ku kościołowi i wymachując pochodnią, której płomień, szarpany wiatrem i zasłaniany co chwila swoim własnym dymem, to ukazywał, to znów krył przed oczyma czerwonawą fasadę kościoła. – Ludwiku de Beaumont, biskupie Paryża, radco sądu najwyższego, ja, Klopin Postraszgłupca, król Pięciu Franków, wielki koezre, książę Gwary, biskup błaznów, zwracam się do ciebie w te słowa: siostra nasza, niesłusznie skazana za czary, schroniła się do twego kościoła. Winien jej jesteś przytułek i opiekę. Lecz sąd najwyższy chce ją wyrwać stąd, a ty na to przystałeś, i powieszono by ją jutro na placu Grève, gdyby nie było Boga i żebraków. Więc przyszliśmy do ciebie, biskupie. Jeśli twój kościół jest święty, nasza siostra także jest święta; jeśli nasza siostra nie jest święta, twój kościół także nie jest święty. Dlatego wzywamy cię, byś nam oddał dziewczynę, jeżeli chcesz uratować swój kościół, albo porwiemy dziewczynę i złupimy kościół. Co będzie słuszne. W imię czego zatykam mój proporzec i niech Bóg ma cię w swojej opiece, biskupie Paryża. Quasimodo nie mógł, na nieszczęście, usłyszeć tych słów, wypowiedzianych z jakimś posępnym i dzikim majestatem. Jeden z żebraków podał Klopinowi proporzec, a on zatknął go uroczyście między dwiema płytami bruku. Były to widły a z ich zębów zwisał kawał krwawiącej padliny. Uczyniwszy to król Pięciu Franków odwrócił się i powiódł okiem po swym wojsku, dzikiej troszczy, której ślepia tak samo prawie błyszczały jak piki. I po chwili milczenia krzyknął: – Naprzód, dzieci! Do dzieła, kowale! Trzydziestu mocnych chłopów, z kwadratowymi barami, z twarzami poczerniałymi w dymie kuźni, wystąpiło z szeregu; na ramionach nieśli młoty, obcęgi i żelazne sztangi. Podeszli do środkowych wrót kościoła, wstąpili na schody i ujrzano niebawem, jak przykucnąwszy pod łukami portalu, obcęgami i lewarami zabierają się do wyważenia wrót. Tłum żebraczy przysunął się do nich, żeby pomagać i żeby się przyglądać. Na jedenastu stopniach schodów portalu zrobiło się tłoczno. Drzwi jednak nie ustępowały. – Twarde, licho, i uparte! – rzekł jeden z pracujących. – Bo stare, więc ciężko chodzą w zawiasach – rzekł drugi. – Odwagi, towarzysze! – zachęcał ich Klopin. – Stawiam o zakład własną głowę przeciwko trzewikowi, że zanim obudzi się pierwszy kościelny sługa, otworzycie drzwi, porwiecie dziewczynę i rozbierzecie główny ołtarz. Słyszycie, zdaje mi się, że zamek już puszcza. Przerwał mu przerażający huk, który w tej chwili rozległ się z tyłu. Odwrócił się. Olbrzymia belka spadła z nieba, zmiażdżyła chyba z tuzin żebraków na placu i podskakiwała po bruku, hałasując jak armata i przetrącając jeszcze tu i ówdzie nogi komuś w tłumie usuwającym się wśród wrzasków trwogi. Dziedziniec katedralny, otoczony niskim murem, opustoszał w mgnieniu oka. Kowale, aczkolwiek chroniły ich głębokie archiwolty portalu, zaniechali wyważania drzwi, a nawet i sam Klopin cofnął się na przyzwoitą odległość od kościoła. – Cud, żem uszedł cało! – krzyczał Jan. – Przeleciała mi tuż koło nosa, na byczą głowę! Ale Piotrkowi Rozbijgłowie rozwaliło łeb. Nie sposób opowiedzieć, jak wielkie zdumienie i lęk spadło razem z belką na rzezimieszków. 243 Przez kilka minut stali i patrzyli w górę; dwudziestotysięczna armia łuczników królewskich mniej by ich przeraziła niż ten kawał drewna. – Szatan!– mruknął książę Egiptu. – Czuć w tym czary. – To księżyc cisnął w nas tym polanem – rzekł Ryży Andrzej. – Przecie powiadają ludzie, że księżyc to przyjaciel Matki Boskiej – dorzucił Franciszek Śpiewająca Śliwka. – Na tysiąc papieży! – krzyknął Klopin. – Wszyscy jesteście głupi! Ale sam nie wiedział, jak objaśnić spadnięcie belki. Nic nie było widać na fasadzie, a światło pochodni nie docierało do jej szczytu. Ciężka belka leżała na środku dziedzińca, słyszano jęki nieszczęśliwych, których przygniotła; kanty kamiennych schodów poprzecinały im brzuchy. Kiedy pierwsze zdumienie minęło, król Pięciu Franków znalazł wreszcie wyjaśnienie, które trafiło do przekonania jego towarzyszom: – Czarci pysk! Czy to kanonicy chcą może się bronić? Na pohybel! – Na pohybel! – powtórzył wściekły ryk tłuszczy. I salwa z kusz i rusznic uderzyła o fasadę kościoła. Na odgłos salwy przebudzili się spokojni mieszkańcy okolicznych domów; tu i ówdzie otworzyły się okiennice, a szlafmyce i ręce ze świecami ukazały się w oknach. – Strzelajcie do okien! – krzyknął Klopin. Okiennice natychmiast zatrzasnęły się i nieszczęśni mieszczanie, ledwie zdążywszy łypnąć przerażonym okiem na tę zgiełkliwą i jaskrawo oświetloną scenę, powrócili, zlani potem, do swych małżonek, nie wiedząc, czy to sabat odbywa się teraz na dziedzińcu katedry Marii Panny, czy też może szturmują Burgundczycy, jak w roku sześćdziesiątym czwartym. Mężowie myśleli o grabieży żony o gwałtach i wszyscy trzęśli się ze strachu. – Na pohybel! – darli się żebracy, ale nie śmieli podejść bliżej. Spoglądali na kościół, spoglądali na belkę. Belka leżała nieruchomo, gmach wydawał się spokojny i pusty, lecz coś ich zmroziło. – Nuże, kowale, do dzieła! – krzyknął Postraszgłupca. – Wyważajcie wrota! Nikt się nie ruszył. – Na brzuch i brodę! – rzekł Klopin. – To mi dopiero mężczyźni! Belki się zlękli! Odezwał się na to stary kowal: – Wodzu, nie belki nam strach, ale drzwi są zbite z żelaznych sztab. Obcęgami nie damy rady. – Czego więc wam trzeba, żeby je wywalić? – zapytał Klopin. – Ba! Tu trzeba tarana! Król Pięciu Franków podbiegł śmiało do groźnej belki i postawił na niej stopę. – Macie taran! – krzyknął.— Przysyłają go wam kanonicy. – I kłaniając się szyderczo w stronę kościoła dodał: – Dziękujemy wam, kanonicy! Ta brawura wywarła dobry skutek, czar belki prysł. Żebracy odzyskali odwagę; niebawem ciężki kloc, uniesiony jak piórko przez dwieście par potężnych ramion, uderzył z furią w środkowe drzwi, które już przedtem próbowano wyważyć. Ujrzawszy w słabym świetle, którym nieliczne pochodnie żebraków nieco rozjaśniały plac, ten długi dyl niesiony przez tłum mężczyzn, co biegli by uderzyć nim w katedrę – rzekłbyś, że widzisz monstrualną bestię z tysiącem nóg, ze spuszczoną głową, atakującą kamiennego olbrzyma. Pod uderzeniem tarana drzwi, na pól z metalu, zahuczały jak olbrzymi bęben; nie pękły, ale cała katedra zatrzęsła się i usłyszano, jak zagrzmiało ogromne wnętrze gmachu. W tej samej chwili grad dużych kamieni zaczął sypać się na napastników z wyżyny fasady. – Do diabła! – krzyknął Jan. – Czyżby wieże strząsały nam na głowy swoje balustrady? 244 Lecz zapał raz odzyskany nie przemijał. Król Pięciu Franków świecił przykładem. Niewątpliwie, to biskup się bronił, uderzali więc we wrota jeszcze zacieklej, pomimo kamieni, od których na prawo i na lewo pękały czaszki. Rzecz godna zastanowienia, że te kamienie spadały pojedynczo, bardzo często, ale jeden po drugim. Żebracy dostawali zawsze dwoma na raz, jednym w nogi, drugim w głowę. Rzadko który nie trafiał i szeroki pokład zabitych i rannych krwawił i drgał pod stopami szturmujących, którzy napływali, coraz to nowi i coraz bardziej rozwścieczeni. Długa belka wciąż uderzała we wrota, regularnie jak serce dzwonu, kamienie wciąż sypały się, wrota grzmiały. Czytelnik odgadł już niewątpliwie, że nieoczekiwany opór, który rozwścieczył żebraków, był dziełem Quasimodo. Przypadek dopomógł na nieszczęście dzielnemu głuchemu. Kiedy zszedł na ganek między wieżami, myśli mąciły mu się w głowie. Przez kilka minut biegał wzdłuż galerii tam i z powrotem, jak wariat, przypatrując się z góry zwartej masie żebraków, gotowych rzucić się na kościół, i wzywając diabła i Boga, żeby ratowali Cygankę. Przyszło mu na myśl, żeby popędzić na południową dzwonnicę i zadzwonić na trwogę. Lecz zanim zdąży rozkołysać dzwon zanim choćby raz odezwie się wielka Maria, czy wrota nie zostaną wyważone dziesięć razy? Była to właśnie chwila, w której kowale zbliżali się do nich ze ślusarskimi narzędziami. Co począć? Nagle przypomniał sobie, że murarze pracowali przez cały dzień przy naprawie ściany, wiązań dachowych i dachu południowej wieży. Ściana była kamienna, dach – ołowiany, wiązania dachów – drewniane. (Te cudowne wiązania, tak gęste, że je nazywano „lasem”.) Quasimodo wbiegł na tę wieżę. W dolnych izbach rzeczywiście pełno było materiałów. Leżały tu kupy ociosanych kamieni, zwinięte arkusze ołowianej blachy, pęki krokwi, mocne belki już ponacinane piłą, stosy gruzu. Kompletny arsenał. Nie było czasu do stracenia. Na dole pracowały drągi i młoty. Z siłą zwielokrotnioną poczuciem niebezpieczeństwa Quasimodo dźwignął jedną z belek, najcięższą, najdłuższą, wysunął ją przez okienko, potem wybiegł z wieży schwycił ją z zewnątrz, dociągnął aż na krawędź balustrady otaczającej ganek i strącił w przepaść. Olbrzymi słup spadający z wysokości stu sześćdziesięciu stóp, niby oderwane skrzydło wiatraka, które samo uleciało w przestworza, obrócił się kilkakrotnie, zawadzając o mur i tłukąc rzeźby. Wreszcie dosięgną! ziemi. Podniósł się potworny wrzask, a czarna belka, podskakująca na bruku, była podobna do rzucającego się węża. Quasimodo zobaczył, że po zrzuceniu belki żebracy rozproszyli się jak popiół pod dmuchnięciem dziecka. Skorzystał z ich przerażenia i kiedy oni przypatrywali się z zabobonnym lękiem spadłej z nieba maczudze i gradem strzał wybijali oczy kamiennym świętym w portalu, on po cichu gromadził gruz, kamienie, ciosy – wszystko, nawet i worki z narzędziami murarzy, na krawędzi balustrady, tam, skąd strącił belkę. Skoro tylko zaczęli uderzać w środkowe wrota, posypał się grad kamieni, jak gdyby kościół sam z siebie rozpadał się i sypał na ich głowy. Przeląkłby się ten, kto by zobaczył w tej chwili Quasimodo. Niezależnie od pocisków, które ułożył na balustradzie, zgromadził stos kamieni na samym ganku. Kiedy wyczerpały się głazy przygotowane na krawędzi, zaczął je brać ze stosu. Schylał się i prostował, znów schylał się i znów się prostował z nieprawdopodobną ruchliwością. Wielka głowa gnoma wychylała się za balustradę i spadał ogromny kamień, potem drugi, trzeci. Od czasu do czasu Quasimodo śledził okiem co cięższy głaz i kiedy trafiał należycie, wydawał cichy pomruk. Żebracy nie upadali jednak na duchu. Grube wrota, w które bili zażarcie, już co najmniej ze dwadzieścia razy zadrżały pod uderzeniem dębowego tarana wzmocnionego przez siłę stu 245 mężczyzn. Skrzydła wrót trzeszczały, blaszane ozdoby rozpryskiwały się w drzazgi, zawiasy gwałtownie podskakiwały na sworzniach przy każdym uderzeniu, tarcice rozstępowały się, sypało się drzewo starte na proch między żelaznym unerwieniem. Szczęściem dla Quasimodo, więcej tu było żelaza niż drzewa. Czuł jednak, że wrota się chwieją. Choć nie słyszał, każde uderzenie tarana odbijało się równoczesnym echem i w piwnicach kościoła, i w sercu Quasimodo. Widział z góry, jak żebracy, triumfujący i rozwścieczeni, pięściami wygrażaj mrocznej fasadzie, i sowom, które uciekały stadami ponad jego głową, zazdrość skrzydeł – jakżeby pragnął ich dla Cyganki i dla siebie! Jego kamienny deszcz nie wystarczał do odparcia napastników. W tej rozpaczliwej chwili tuż pod balustradą, z której raził głazami żebraków, zauważył dwie długie kamienne rynny, wprost nad głównym wejściem sterczące. Otwory tych rynien znajdowały się tuż obok, na kamiennym ganku. Wpadł na owy pomysł; pobiegł po chrust do swej izdebki w dzwonnicy, pokładł na tym chruście pęki krokwi i zwoje ołowianej blachy, amunicję, której nie użył był jeszcze do tej pory, i starannie przysunąwszy ten stos do otworów obu rynien, podpalił go swą latarką. Ponieważ przez ten czas kamienie nie padały, żebracy przestali spoglądać w górę. Łotrzykowie sapiąc niby sfora psów, co dopadły dzika w jego legowisku, tłumnie cisnęli się do głównych wrót popękanych od tarana, ale jeszcze nie ustępujących. Czekali chciwie na ostatni cios, na cios, który je wyważy. Każdy usiłował stanąć jak najbliżej, żeby kiedy drzwi się otworzą, jak najszybciej wpaść do tej przebogatej katedry, wielkiego zbiornika, w którym nagromadziły się bogactwa trzech stuleci. Rycząc z uciechy i pożądliwości jeden drugiemu przypominał piękne krzyże ze srebra, piękne kapy ze złotogłowiu, piękne grobowce z pozłacanej srebrnej blachy, nieprzebrane wspaniałości prezbiterium, olśniewające święta: Boże Narodzenia iskrzące się pochodniami, Wielkanoce lśniące od słońca, wszystkie świetne uroczystości, kiedy to monstrancję, świeczniki, cyboria, tabernakula, relikwiarze pokrywały ołtarze chropowatą skorupą ze złota i diamentów. W tej pięknej chwili buchacze i szulerzy, koniokrady i rzezimieszki o wiele mniej zaiste myśleli o uwolnieniu Cyganki niż o złupieniu katedry Marii Panny. A nawet bylibyśmy skłonni przypuszczać, że dla wielu z nich Esmeralda była tylko pretekstem, jeżeli złodziejowi jest potrzebny pretekst. Nagle, kiedy skupieni przy taranie gotowali się do ostatniego wysiłku, kiedy każdy wstrzymywał oddech i napinał mięśnie, żeby całą swoją siłę włożyć w ten decydujący cios, ze środka tłumu podniósł się wrzask jeszcze straszliwszy od tego, który wybuchnął i zamarł pod belką. Ci, co nie wrzeszczeli, ci, co żyli jeszcze, spojrzeli. Dwa strumienie roztopionego ołowiu lały się ze szczytu gmachu w sam środek ciżby. To morze ludzi zapadło się pod wrzącym metalem, który w dwu punktach, tam gdzie spadał, zrobił w tłumie dwie czarne i dymiące dziury, jak gorąca woda wylana w śnieg. Ruszali się w nich konający, na pół spałem, rycząc z bólu. Wokół dwu głównych strumieni krople tego potwornego deszczu rozpryskiwały się na napastników wkręcając się im w czaszki jak ogniste śrubki. Ciężki, ołowiany ogień tysiącem śrucin smagał nieszczęśliwych. Wrzask rozdarł powietrze. Cisnąwszy taran na trupy, uciekli na łeb na szyję Wszyscy – najodważniejsi i najtchórzliwsi – i dziedziniec katedralny opustoszał po raz wtóry. Wszystkie oczy podniosły się ku szczytowi budynku. To, co ujrzeli, było niesamowite. Na najwyższej galerii, nad środkową rozetą ogromny ogień, sypiący iskry, wzbijał się w górę między dzwonnicami, ogromny ogień, żywiołowy, wściekły, którego dymiące strzępy porywał chwilami wiatr. Pod tym ogniem, pod ciemną balustradą w trójliście z żaru, dwie rynny w kształcie potwornych gęb rzygały nieustannie palącym deszczem, który lał się srebrzyście na tle mroków dolnych kondygnacji fasady. W miarę zbliżania się do ziemi dwa strumienie płynnego ołowiu 246 rozszerzały się w snopy, jak woda wytryskująca tysiącznych otworów polewaczki. Ponad ogniem olbrzymie wieże, z których widać było po dwie ściany ostro się od siebie odcinające, jedną całkiem czarną, drugą całkiem czerwoną, wydawały się wyższe o cały ogrom swego cienia, który rzucały aż w niebo. Ponuro wyglądały na nich niezliczone rzeźby diabłów i smoków. Poruszyło je niespokojne światło ognia. Rzekłbyś, że widzisz, jak się śmieją żarłoczne węże, że słyszysz, jak skomlą chimery, że salamandry dmuchają w ogień, że jaszczury kichają w dymie. A wśród potworów, zbudzonych ze swego kamiennego snu przez ten ogień i przez ten zgiełk, był jeden, który chodził, i od czasu do czasu widziano, jak się przesuwa przed gorejącym czołem ogniska niby nietoperz przed świecą. W dali, na pagórkach Bicętre, niejeden zapewne drwal, obudzony przez tę niezwykłą latarnię, patrzył z lękiem, jak się chwieje na jego wrzosowiskach cień gigantycznych wież katedry Marii Panny. Żebracy ucichli, zdjęci zgrozą, a wśród ciszy słychać było tylko wzywanie pomocy kanoników zamkniętych w klasztorze i bardziej zaniepokojonych niż konie w palącej się stajni, słychać było krótkie skrzypnięcia okien, szybko otwieranych i jeszcze szybciej zamykanych, ruch w kamienicach i w Bożym Domu, wiatr w płomieniach, ostatnie rzężenia konających i nieustanne trzaskanie po bruku kropli ołowianego deszczu. Tymczasem najznaczniejsi żebracy wycofali się na naradę do sieni kamienicy Gondelaurier. Książę Egiptu usiadł na stopniu i z religijnym lękiem wpatrywał się w fantasmagoryczne ognisko jaśniejące na wysokości dwustu stóp. Klopin Postraszgłupca gryzł ze złości swoje potężne pięści. – Niepodobna wejść! – mruknął przez zęby. – Stary zaklęty kościół! – burknął stary Cygan Matias Hungadi Spicali. – Na wąs papieża! – rzekł siwiejący rzezimieszek, który niegdyś był żołnierzem – te kościelne rynny lepiej od machikuł z miasta Lectoure plują roztopionym ołowiem. – Widzicie szatana, który spaceruje przed ogniem tam i z powrotem? – krzyknął Książę Egipski. – Dalibóg – rzekł Klopin – to przeklęty dzwonnik! To Quasimodo! Cygan potrząsnął głową. – A ja wam powiadam, że to duch Sabnak, wielki markiz, demon fortyfikacji. Ma kształt zbrojnego żołnierza z lwią głową. Ludzi przemienia w głazy i buduje z nich wieże. Dowodzi pięćdziesięcioma legionami. To on, poznaję go. Niekiedy bywa przyodziany w piękną, złotą suknię, na sposób turecki. – Gdzie jest Bellevigne de l’Étoile? – zapytał Klopin. – Nie żyje – odpowiedział jeden z żebraków. Ryży Andrzej śmiał się głupkowato. Powiedział: – Katedra Marii Panny dba o to, żeby Boży Dom nie próżnował. – Więc nie ma sposobu wyważenia tych wrót? – zapytał tupnąwszy nogą król Pięciu Franków. Książę Egiptu wskazał smutnie na dwa strumienie wrzącego ołowiu, które wciąż jeszcze, niczym dwie długie kądziele z fosforu, spadały wzdłuż ciemnej fasady. – Widywano już kościoły, które się same broniły – zauważył z westchnieniem. – Czterdzieści lat temu Święta Zofia w Konstantynopolu aż trzy razy zrzucała półksiężyc Mahometa potrząsając kopułami, które są jej głowami. Wilhelm Paryski, który budował tę katedrę, był czarnoksiężnikiem. – Więc mamy odejść z kwitkiem, jak wędrowne zbiry z gościńca – rzekł Klopin i zostawić tam naszą siostrę, którą jutro powieszą te wilki w mnisich kapturach? – I zakrystię, w której są fury złota ? – dodał żebrak, którego imienia, niestety, nie znamy. – Na brodę Mahometa! – krzyknął Postraszgłupca. 247 – Spróbujmy jeszcze raz! – rzekł żebrak. Matias Hungadi potrząsnął głową. – Przez wrota nie wejdziemy. Trzeba znaleźć szczelinę w zbroi starej wiedźmy: dziurę, ukryty korytarz podziemny, jakąś szparę. – Kto wraca ze mną? – rzekł Klopin. – Ale powiedzcie, gdzie się podziewa Jan, ten opancerzony żaczek? – Pewnie poległ – odpowiedział ktoś – nie słychać jego śmiechu. Król Pięciu Franków zmarszczył brwi: – Szkoda! Odważne serce nosił pod tym żelastwem. A mistrz Piotr Gringoire? – Dowódco Klopinie – rzekł Ryży Andrzej – drapnął jeszcze przed mostem Wymiany. Klopin tupnął nogą. – Na gębę poświęcaną! Sam nas tu wypycha i daje drapaka w najgorętszej chwili! Nędzny gaduła w kasku z pantofla! – Dowódco Klopinie! – krzyknął Ryży Andrzej spojrzawszy w ulicę Katedralną– jest żaczek! – Chwała niech będzie Plutonowi! – rzekł Klopin. – Ale co on, u diabła, ciągnie? Był to rzeczywiście Jan; biegł tak szybko, jak tylko mu na to pozwalał ciężki rynsztunek paladyna i długie drabinisko, które dzielnie ciągnął po bruku, bardziej zasapany niż mrówka zaprzężona do dwadzieścia razy dłuższego od siebie źdźbła trawy. – Zwycięstwo! Te Deum! – krzyczał żak. – Zdobyłem drabinę wyładowywaczy z portu Św. Landry. Klopin poszedł mu naprzeciw. – Synu, co ty chcesz zrobić z tą drabiną, u licha? – Mam ją – powtórzył Jan dysząc. – Wiedziałem, gdzie jest. W szopie koło domu podstarościego. Znam tam jedną dziewczynę, która utrzymuje, żem Piękny jak Kupido. Z jej pomocą zdobyłem drabinę i mam ją, na Mahometa! Biedaczka, otworzyła mi w samej koszuli. – Dobrze – rzekł Klopin – ale na co ci ta drabina? Jan popatrzył nań chytrze i sprytnie i klasnął w palce jak w kastaniety. wspaniale wyglądał w tej chwili. Na głowie miał jeden z tych ciężkich, piętnastowiecznych kasków, które przerażały wroga swymi fantastycznymi gnębieniami. Hełm jego najeżony był dziesięcioma żelaznymi dziobami, dzięki którym Jan mógłby się współubiegać o groźny przydomek δέχµβολοζ11 , z homeryckim okrętem Nestora. – Na co mi ta drabina, dostojny królu Pięciu Franków? A czy widzicie ten szereg figur z durnymi gębami, tam, powyżej trzech portali? – Widzę. I co z tego? – To galeria królów Francji. – No to co? – rzekł Klopin. – Zaraz, zaraz! W samym końcu tej galerii są drzwi, zamykane tylko klamkę, włażę po drabinie na galerię i jestem w kościele. – Synu, dawaj drabinę, niechaj wejdę pierwszy! – O, nie, kamracie, drabina moja! Chodźcie, wejdziecie po mnie, jako drugi – Niech cię Belzebub zadławi! – burknął Klopin. – Nie będę drugim po nikim! – A więc poszukajcie sobie drabiny, Klopinie! Jan puścił się pędem przez plac, ciągnąc swoją drabinę i wrzeszcząc: – Do mnie, synkowie! W jednej chwili drabina została przystawiona do balustrady najniższej galerii nad jednym z 11 dziesięciodzioby (gr.) 248 bocznych portali. Ciżba żebracza z triumfalnym wrzaskiem cisnęła się w dole, żeby wejść. Lecz Jan pilnował swego prawa i pierwszy postawił stopę na szczeblu. Droga była dość długa. Dziś galeria królów Francji jest położona na wysokości około sześćdziesięciu stóp nad poziomem placu. Wtedy podwyższały ją jeszcze jedenastostopniowe schody. Jan wchodził powoli, gdyż przeszkadzała mu zbroja, jedną ręką przytrzymywał się szczebli, w drugiej dźwigał swoją kuszę. Kiedy doszedł do połowy drabiny, rzucił melancholijne spojrzenie na biednych pozabijanych poddanych królestwa złodziei, którymi usiane były schody. – Pożal się Boże! – westchnął. – Stos trupów godny piątej pieśni Iliady I poszedł wyżej. Żebracy szli za nim. Na każdym szczeblu stał żebrak. Widząc, jak się podnosi w ciemności ta falująca linia opancerzonych pleców, rzekłbyś, że to wstaje wąż w stalowej łusce, gotów do ataku na kościół. Jan, który szedł pogwizdując, stanowił jego głowę i dopełniał złudzenia. Żak dobrnął nareszcie do balustrady galerii i przesadził ją dość zręcznie wśród oklasków całej żebraczej kohorty. Zdobywszy w ten sposób twierdzę, rzucił okrzyk radości i nagle skamieniał. Za jednym z królewskich posągów spostrzegł Quasimodo z roziskrzonym okiem, ukrytego w mroku. Zanim drugi napastnik zdążył przedostać się na galerię, straszliwy garbus skoczył ku drabinie, nie odzywając się ani słowem, schwycił potężnymi rękami końce jej obu drągów, podniósł je, odsunął od ściany, wśród rozpaczliwych wrzasków chwiał przez chwilę długą, wyginającą się drabiną, od góry do dołu obciążoną żebrakami, i nagle z nadludzką siłą odepchnął tę kiść obwieszona ludźmi na plac. Była to chwila, kiedy zadrżało serce w najmężniejszych. Drabina, pchnięta w tył, przez moment stała, jakby wahała się, potem się zachwiała, a następnie opisawszy nagle przerażające półkole o promieniu długim na osiemdziesiąt stóp, runęła na bruk ze swym ładunkiem łotrzyków szybciej niż zwodzony most, u którego pękają łańcuchy. Rozległ się ogromny, złorzeczący krzyk, potem wszystko ucichło i kilku ociekających krwią nędzarzy wypełzło spod stosu trupów. Wśród szturmujących, po pierwszym wrzasku zwycięstwa, rozległ się z kolei ryk bólu i gniewu. Quasimodo patrzył na nich obojętnie, wsparty łokciami o balustradę. Wyglądał z grzywą włosów jak stary król, stojący w oknie swego zamku. Jan Frollo znalazł się w rozpaczliwym położeniu. Był na galerii, sam na sam z niebezpiecznym dzwonnikiem, oddzielony od towarzyszy pionową ściana wysoką na osiemdziesiąt stóp. Kiedy Quasimodo zabawiał się drabiną, żak pobiegł do ukrytych drzwi, jak mniemał, Otwartych. Były zamknięte. Głuchy, wszedłszy na galerię, zaryglował je. Wówczas Jan schował się za kamiennego króla, wstrzymując oddech i wpatrując się w potwornego garbusa z przerażoną miną jak ów człowiek, co się umizgał do żony dozorcy menażerii i poszedł pewnego wieczora na miłosną schadzkę, ale pomylił się, przełazi przez inny mur i stanął nagle oko w oko z białym niedźwiedziem. W pierwszej chwili głuchy nie zwracał nań uwagi; lecz wreszcie odwrócił głowę i wyprostował się nagle. Spostrzegł żaka. Jan przygotował się na nie lada cios, lecz głuchy nie ruszał się; patrzył tylko na żaka, odwrócony w jego stronę. – Ho, ho! – rzekł Jan. – Czemu się na mnie gapisz tym jedynym, smutnym okiem? A mówiąc to młody hukaj szykował chyłkiem kuszę. – Quasimodo! – krzyknął – zmienię ci przezwisko; będziesz się nazywał: Ślepy! Strzelił. Pierzasta strzała świsnęła i utkwiła w lewym ramieniu garbusa. Quasimodo wzruszył się tym akurat tyle, jak gdyby draśnięto nie jego, ale króla Faramonda. Sięgnął ręką do strzały, wyrwał ją sobie z ramienia i spokojnie przełamał na swym potężnym kolanie; po czym raczej 249 upuścił, niż cisnął na ziemię oba kawałki. Lecz Jan nie zdążył strzelić po raz wtóry. Quasimodo przełamawszy strzałę, prychnął gwałtownie, skoczył jak szarańcza i spadł na żaka, że aż jego zbroja spłaszczyła się na murze. Wówczas w tym półmroku rozjaśnionym chwiejnym światłem pochodni ujrzano rzecz straszną. Quasimodo ujął lewą dłonią obie ręce Jana, który nawet nie wyrywał się, tak wyraźnie czuł, że jest zgubiony. Prawą zaś dłonią, w milczeniu, ze złowieszczą powolnością, głuchy zrywał zeń po kolei wszystkie części zbroi, szpadę, sztylet, kask, pancerz, naramienniki – jak małpa obierająca orzech. Całą żelazną skorupę żaka, kawałek po kawałku, rzucił na posadzkę. Kiedy żak ujrzał, że rozbrojony, rozebrany, słaby i nagi znalazł się w tych niebezpiecznych rękach, nie próbował przemówić do głuchego, lecz bezczelnie roześmiał mu się prosto w nos i z nieustraszoną beztroską szesnastoletniego chłopca zaczął śpiewać popularną wówczas piosenkę: Pięknie odziane Miasto Cambrai Ograbił Marafin... Nie dokończył. Ujrzano, jak Quasimodo stanął na parapecie galerii, jedną ręką trzymając żaka za nogi i niby procą zamachnął się nim nad przepaścią; potem usłyszano hałas, jakby pudło z kośćmi roztrzaskało się o mur, i zobaczono, że coś spada i zatrzymuje się po drodze na sterczynie wystającej ze ściany. Było to martwe ciało, które zawisło tam, wpół zgięte, ze zgruchotanym krzyżem, z pustą czaszką. Z żebraczej ciżby buchnął wrzask wściekłości. – Zemsta! – krzyknął Klopin. – Na pohybel! – odpowiedziała czerń. – Do szturmu! Do szturmu! Rozległo się nieludzkie wycie, mieszanina wszystkich języków, wszystkich narzeczy, wszystkich akcentów. Na widok śmierci nieszczęśliwego żaka wściekły zapał ogarnął ciżbę. Wstyd i gniew zdjął żebraków, że tak długo pozwalali jednemu garbusowi trzymać się w szachu przed kościołem. Zażartość pomogła znaleźć drabiny, rozmnożyła pochodnie i nim minęło kilka minut przerażony Quasimodo ujrzał, że groźne mrowie ze wszystkich stron wdziera się na katedrę. Ci, co nie mieli drabin, mieli sznury z węzłami; ci, co nie mieli sznurów wdrapywali się po wypukłościach rzeźb. Jedni chwytali się łachmanów drugich Nie było sposobu odparcia tego wzbierającego przypływu przerażających twarzy dzikie oblicza lśniły z zaciekłości; ich ziemiste czoła ociekały potem; ich oczy błyszczały; szpetne gęby-maski osaczały zewsząd Quasimodo. Rzekłbyś, że to jakiś inny kościół posłał swoje gorgony, psy, smoki, szatany, swoje najbardziej fantastyczne rzeźby do szturmu na katedrę Marii Panny. Zdawało się, że powłoka żywych potworów pokryła kamienne potwory fasady. Plac rozgwieździł się tymczasem tysiącem pochodni. Ten chaotyczny, aż do tej pory pogrążony w mroku obraz nagle rozpalił się jasnym światłem. Dziedziniec katedralny lśnił i rzucał blask na niebo; stos, rozpalony wysoko na ganku, wciąż jeszcze płonął, padając łuną daleko na miasto. Ogromna sylweta obu wież legła na dachach Paryża wyrzynając z tej jasności szeroką płachtę cienia. Miasto jak gdyby zaniepokoiło się. Słychać było dalekie dzwony na trwogę. Żebracy wyli, sapali, przeklinali, wchodzili coraz wyżej; a Quasimodo, bezsilny wobec tylu wrogów, drżał z lęku o Cygankę, oglądał wściekłe gęby coraz bliżej przysuwające się do galerii, błagał niebo o cud i załamywał ręce z rozpaczy."

              "Może czytelnik pamięta, w jak krytycznym położeniu pozostawiliśmy Quasimodo. Dzielny głuchy, napastowany ze wszystkich stron, utracił, jeśli nie wszelką odwagę, to wszelką nadzieję uratowania, nie siebie (nie myślał o sobie), lecz Cyganki. Biegał jak szalony po galerii. Katedra Marii Panny już za chwilę miała wpaść w ręce żebraków. Nagłe potężny galop koni wypełnił sąsiednie ulice. Długi rząd pochodni i zwarta kolumna jeźdźców, co, popuściwszy cugli, pędzili z nastawionymi pikami, jak huragan wpadły na plac z wściekłym wrzaskiem: „Francja! Francja! Rżnij chamów! Châteaupers, na odsiecz! Starostwo! Starostwo!” Przerażeni żebracy w jednej chwili zmienili front. Quasimodo, który nic nie słyszał, zobaczył obnażone szpady, pochodnie, żelazne ostrza pik, całą tę jazdę, a na jej czele poznał kapitana Febusa. Zobaczył zamęt wśród żebraków, przerażenie jednych, niepokój najlepszych, i ta nieoczekiwana odsiecz tyle mu dodała siły, że zepchnął ze ściany kościoła pierwszych napastników, którzy już zaczynali przedostawać się na galerię. Istotnie, to przybywało królewskie wojsko. Żebracy opierali się dzielnie. Bronili się jak straceńcy. Zaatakowani z boku od ulicy Św. Piotra z Wołami, a z tyłu od ulicy Katedralnej przyparci do katedry Marii Panny, do której jeszcze szturmowali, a której bronił Quasimodo, byli równocześnie i osaczającymi, i osaczonymi. Znaleźli się w tym niezwykłym położeniu, w jakim później, w roku 1640, podczas słynnego oblężenia Turynu znalazł się między księciem Tomaszem Sabaudzkim, którego oblegał, a margrabią de Leganez, który go otoczył – hrabia Henryk d'Harcourt. „Taurinum obsessor idem et obsessus”, jak głosił napis na jego nagrobku. Utarczka była zażarta. Wilczej skórze – psie zęby, jak powiada Parys Mathieu. Jazda królewska wśród której dzielnie stawał Febus de Châteaupers, nie oszczędzała nikogo, i ostrza szpad dobijały tych, którym udało się umknąć spod kopii. Żebracy licho uzbrojeni, kąsali jak wściekli. Mężczyźni, kobiety, dzieci rzucali się na zady i na piersi końskie i wczepiali się w nie, jak się czepiają koty, zębami i pazurami czterech łap. Inni pochodniami walili po twarzach tuczników. Jeszcze inni wbijali żelazne haki w szyje jeźdźców i ściągali ich z siodeł, a tych, co spadli, rozszarpywali na kawałki. Szczególnie zaś wyróżniał się wśród nich jeden z szeroką, lśniącą kosą, który przez długi czas kosił końskie nogi. Był przerażający. Nucił coś pod nosem i bez ustanku machał swoją kosą. Po każdym takim machnięciu powstawał wokół niego wielki krąg odciętych członków. Posuwał się tak przez największy gąszcz jeźdźców powoli, kołysząc głową i oddychając miarowo, jak żniwiarz koszący łan żyta. Był to Klopin Postraszgłupca. Powalił go strzał z rusznicy."


              Oblężenie katedry przypomina łudząco...rokosz, powstanie; prawda? 
              I podobnie jak powstanie listopadowe, skazane było na kleskę. 
              Ale Clopin i jego ludzie, choć mogli podejrzewać, że całe wydarzenie zakończy się klęską i śmiercią wielu...ruszyli w bój. Nie zostawili sprawy, w którą wierzyli. Podobnie jak Polacy podczas powstania listopadowego.
              Dlatego myślę, że społeczność Cygańska a w szczególności postać Clopina Trouillefou miała być swoistym ukłonem Hugo w stronę Polski i Polskiej sprawy, za którą tak się opowiadał. 
Powered By Blogger

blog o tytule "Na wózku inwalidzkim przez świat po raz 2" czyli życie i świat oczami osoby niepełnosprawnej,czyli moimi

Szukaj na tym blogu

Lubię

  • Bruno Pelletier
  • Daniel Lavoie
  • Francja
  • Garou
  • Helene Segara
  • Julie Zenatti
  • Kanada
  • Katedra Marii Panny w Paryżu
  • Luck Mervil
  • Montreal
  • Musical "Notre Dame De Paris"
  • muzyka
  • Muzyka Francuska
  • Paryż
  • Patrick Fiori
  • podróże